Podczas pobytu na Fakaravie dostałam propozycję wpłynięcia na połów ryb. Zaopatrzona w swoją ufomaskę do snorkowania, sportową kamerkę w wodoszczelnej obudowie, płetwy i kolegę Koziołka Matołka, wyruszyłyśmy z Rolo na podbój okolicy.

[more]

Kilka metrów od przystani było głębokie ujście z atolu, przez które dwa razy dziennie przelewały się miliony litrów wody. Raz uciekając, potem za kilka godzin wracając do wnętrza atolu. Kipiel szalona, która tworzyła wiry, mozolne do pokonania, nawet motorówką.
Poza tymi dwoma momentami, były to leniwe i stojące pastwiska pełne ryb i polujących na nie setek rekinów.  Tam zacumowaliśmy, na skraju rowu, jakieś 30 metrów do dna, widocznego w krystalicznie czystej wodzie.


Odważny skok z łódki i opicie się słonej wody, to był początek. Dobrze, że szybko, jak korek wyskoczyłam na powierzchnię, panika i pewnie bym się tam za chwilę utopiła.


Rybak zaopatrzony w kuszę uwiązał jednej z nas do pasa sznurek i kajak. Na początku nie rozumiałam, dlaczego. Po pierwszej ustrzelonej rybie już widziałam, że liczy się szybkość dopłynięcia do niego. W sekundę rekiny były obok, wyczuwając krew. Rybak błyskawicznie podrywał nad wodę nadzianą na strzałę rybę i wrzucał do kajaka.


To nie dla mnie takie nerwy.


Jeszcze nie odksztusiłam całej wody z odważnego skoku z łódki a tu moja super maska zaczęła nabierać wody. Zgubiłam rurkę!


Rolo na usilnie prośby o pomoc w jej znalezieniu, machnął ręką, pokazując, że rurka dawno już z nurtem wpłynęła z atolu.


No cóż, moje łowienie ryb uważałam za zakończone.
Pilnować kajaka, aby nie odpłynął, Koziołka, aby z piersi nie wypadł, machać szybko nogami i rękami, by się znów nie przytopić a odstraszyć rekiny, robić zdjęcia i może jeszcze strzelać do ryb z kuszy, której się sama bałam? Nie, jak dla mnie, za dużo dodatków do tej specyfikacji.

Teraz tylko dostać się na łódkę i można zająć się filmowaniem całego widowiska z bezpiecznego miejsca.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Ba, przez blisko godzinę nie udało się mi tego dokonać. Próbowałam z każdej strony tej obślizgłej bryły. Największe szanse były chyba od zadka, gdzie zielony od glonów silnik dawał jakąś nadzieję.


Niestety.
Ani zdjęcie płetw, ani wyskoki ze wszystkich sił na ów silnik nie przyczyniły się do większej zmiany stopnia mojego zanurzenia.

A rekiny pływające wkoło, tylko się szczerzyły złowieszczo. Nawet strach przed nimi, nie dodał mi siły. Ręce bolały, nogi się obdrapały i zaczynały od słonej wody przypiekać. Widziałam je cały czas kątem oka pływające wkoło, ale racjonalnie wiedziałam, że panika byłaby moim końcem końców.


Na szczęście, chyba moje akrobacje wodno- silnikowe zauważył polujący nieopodal rybak Rolo, bo szybko przypłynął na ratunek.
– To niebezpieczne, rekiny a ty się bawisz! Zbeształ mnie stanowczo.


W sekundzie odwiązał jakąś linkę i pojawiła się drabinka.
Bogu dziękowałam za ten kawałek aluminiowej rury i to, że mi rekiny nie urąbały czterech liter.


Połów się udał, w zgodnym duecie upolowali ponad 25 dziobatych ryb w czasie mojej walki z łodzią i rekinami. Kucharz przygotował je na kolację, pyszne były… A ręce bolały jeszcze kilka dni, mimo, że żadnej z nich nie upolowałam.


Woda wkoło mojej ukochanej Fakaravy mogła mnie zabić i ja durna, ufna w wyjątkowość tego miejsca, poczułam się taka mała …