Zazwyczaj wybieram loty, gdzie przesiadki są spokojne, kilka godzin.
W bilecie na Bali innej opcji nie miałam. Planowe 1.50 godziny w Stanbule skurczyło się do 50 minut i był stres. Jakże mam mieć zdrowe serce?

Samolot z Warszawy do Stambułu wyleciał opóźniony 20 minut, jednak to podczas lądowania wszystko się wydłużyło. Warunki pogodowe sprawiły, że pani pilot krążyła nad lotniskiem smarując na mapie esy floresy.
Do lądowania kilka minut, koła wysunięte a tu nagle ryk silników i poszliśmy do góry. Od razu czas do lądowania widoczny na ekraniku fotela przede mną zmienił się na… ponad godzinę. Zaklęłam siarczyście, dziś nie wylecimy ze Stambułu. Na szczęście po kilkunastu minutach udało się bezpiecznie wylądować, chmury były nisko, tuż nad pasem startowym.
Potem gonitwa na drugi samolot, borading w trakcie. W nerwach dotarliśmy do samolotu. Lot dłuuuugi, dość problemowy, bo nawet jednego miejsca wolnego nie było, obok mnie posadzili jakiegoś nieszczęśnika. Miły i pozytywny gość, co pół lotu przespał na mojej poduszce wtulając się pod szyję.
Jednak sumarycznie lot przyjemny, byłoby grzechem marudzić, jak sie biket kupiło za 720 zl a nie za parę tysięcy złotych. Pierwsze dwa dni zatrzymałyśmy się w guest house, w którym podobo byłam jednenaście lat temu.
Tylko, że zupełnie go sobie nie mogłam przypomnieć. Co nie umniejsza jego uroku i fajnego klimatu. Rzeźbione okna, drzwi i meble. Posążki Buddy w pełnym kwiatów i roślin ogrodzie. Co rano ubrany w tradycyjny bakijski strój pań domu zapalał kadzidełka i układał malutkie talerzyki zrobione z liści bananowców. W nich jedzenie, kwiaty i ciasteczka. Takie podarunki dla bogów można tu spotkać dosłownie na każdym rogu, nie tylko w świątyniach.
Pierwszy dzień prawie cały przespałam. Dwa dni podróży, przesunięcie do przodu czasu aż o 7 godzin, zrobiły swoje. Nie byłam w stanie zwlec się z łóżka.
O jedzeniu na Bali napiszę osobno, bo to wyjątkowe zagadnienie.
Gorąco, parno ![]()














