Miło, kiedy ktoś cię pamięta, poznaje i wita jak swojego.

Mam tu w Panamie kilka takich osób, którym się buzia uśmiecha na mój widok. Małżeństwo z baru, zawsze ciekawi wiadomości z Polski. Panie z sąsiedniej jadłodajni, powściągliwy właściciel o skośnych oczach z markeciku, jego bardziej wylewna pracownica.

Właściciele hostelu, którzy zawsze mają dla mnie to samo łóżko, w moim ulubionym pokoju. Pilota od klimy też mogę mieć całą dobę. Pan sprzedający świńskie nóżki w occie przy przystanku autobusowym w Boquete, czy właściciel zamku hostelu z widokiem na wulkan Baru.

Także starowinek charcik Choco i jego dystyngowana koleżanka Lady- one także bardzo chętnie słuchają, merdając ogonkami. Oczywiście rozumieją po polsku wszystko w mig.

Na relację z miesiecy nieobecności w Panamie każdemu z człowieków schodzi zdecydowanie dłużej. Moje pół roku przymusowego postu od podróży związane z zachwianiem zdrowia spowodowało, że podróż ta była tak mocno wyczekiwana.

Endorfiny, które krążą od kilku dni w mojej krwi sprawiają, że życie jest piękniejsze i wywołuje uśmiech. Tak samo jak znajome miejsca, nawet kiedy mają zapach ryb na targu.

Ta wizyta ma także drugi aspekt. Przyciągnęłam tu mojego Przyjaciela- skrzywdzonego przez los spłoszonego i znerwicowanego do granic ludzkich wytrzymałości, Żenię. Twarz kampanii walki z depresją. Mówiącego wprost o bitwie z chorobą, która zjada duszę a potem trawi ciało bólem. Przeżywającego i odbierającego podobnie do mnie. Taką bratnią duszę, której chcę i wierzę, że mogę pomóc. Dużo rozmawiamy, staram się Żeni pokazać Panamę swoimi oczami, otworzyć inne spojrzenie na kilka elementów człowieczego życia.

I mam już pierwszy sukces! Promienną buzię Żeni. Nie będziemy zaliczać atrakcji, tylko robić to, na co będzie ochota.

I wierzę, że pierwszy od roku odpoczynek od stresu, ciągłej gonitwy, złych, czarnych myśli pomogą tej szlachetnej duszy.