Po nocy w kosmicznej kapsule w berlińskim hostelu czas na lot w stronę Panamy.

Jeszcze w Berlinie szybkie spotkanie z Qubikiem, ktory wracał z podróży.
Tym razem zdradziłam turkisza dla United i Lufthansy.

Już na wstępie pierwszy odcinek z Berlina do Frankfurtu opóźniony o pół godziny, więc szansa na złapanie lotu do Houston marna.

Pierwotnie była na to godzina, po wystartowaniu zrobiło się niedostateczne kilkanaście minut. Pewnym więc było, że linia musi nam dać inne połączenie do Panamy.

Aż drapało z podniecenia, kiedy pani z lufowego systemu wyszukiwała połączenia. Londyn, Madryt, Amsterdam, Nowy Jork, Tokio, Istambuł, Sao Paulo, Punta Cana, Mexico City, Bogota…

Na te kombinacje niestety nie było wystarczających dwóch wolnych miejsc. Zmieniła na lot przez Washington.
Finalnie w Panama City byliśmy o 8 godzin wcześniej.

Tylko brak snu i lot nocny dały troszkę w kość, ale to fajne zmęczenie, podróżne.
W Panama City już czynny drugi nowy terminal. Na zewnatrz wczesny ranek a prawie 30 stopni i wielka wilgotność. Szyby terminala zaparowane, nie przewidzieli różnicy temperatury?
Szybki uber, prysznic i łóżko w ulubionym pokoju w hostelu.

Takie zmęczenie, że nawet trudno było nam zasnąć.