Odroczony prezent urodzinowy, to dwudniowy city break na Gran Canarię.
Jak zwykle wszystko na wariackich papierach. Wylot z Krakowa za całe 149 zl bezpośrednio a powrót przez Londyn za niecałe 250 zl.
Byłam na Gran Canarii i chyba właśnie ta wyspa podoba mi się najbardziej z Kanarów. Dzień wcześniej przez archipelag przytoczył się burza tropikalna i było ryzyko, że rykoszetem nie trafię w pogodę. Na szczęście wyspa powstała pięknym słońcem.
Po drodze z lotniska do La Palma de la Cruz widać było kałuże na ulicach a rzeki spływająca z gór pełne były mętnej wody. Potem ta woda zmieniała w połączeniu z oceanem kolory i burzyła się w postaci wysokich fal.
Pokój zmieniłam w ostatniej chwili i niestety nie był to celny strzał. Trudny do znalezienia, zakwaterowania i brudny, aż strach się dotknąć czegokolwiek. Pościel najprawdopodobniej nie zmieniana po poprzednich gościach. Pełno czarnych długich włosów i plam. W łazience paradował też gruby karaluch. Dobrze, że spędzę tu tylko dwie noce.
Szybkie odświeżenie i na spacer. Kiedy zrzuciłam blisko 50 kg, to i ochota na spacery przyszła nie wiem skąd. Malutka rundka po najbliższej okolicy, bo zimno mi jakoś tak. Większość tutejszych w zimowych kurtkach a ja w japonkach i cienkim shirtcie.
Niby 19 stopni, ale jakieś zimne.
Nocka lekko z głowy, bo pseudo okno pokoju wychodzi na klatkę schodową bloku, gdzie słychać cale życie innych. Dopiero zatyczki w uszach ich wygłuszyły. Doświadczenie podróżne jednak dobrze mnie spakowało.
Szybkie śniadanie z resztek podróżnych i w miasto.
Oj zmieniła się La Palma przez te kilka lat od mojej ostatniej wizyty. Prawdę mówiąc rozpoznałam tylko kilka budynków. Przy porcie nowe centrum handlowe, w doku olbrzymi statek miłości, z którego wysypała się masa ludzi.
Ciepło, słoneczko i błękitne niebo. Bardzo leniwie włóczyłam się po starówce. Najpierw oczywiście zaliczając hipermarket Dino w centrum handlowym przy porcie. Odkupiłam się w hiszpańskie szynki po 1 eur, dopiero po fakcie zdając sobie sprawę, że ich przez UK nie przewiozę do Polski.
Potem obiad, kolacja i śniadanie z pachnącą szyneczką jako motywem wiodącym.
Na plaży po drugiej stronie miasta tłumy odpoczywajacych, tak samo na deptaku wzdłuż. Ocean jest jeszcze wzburzony, ale nie przeszkadza to dość licznym kąpiącym się ludziom. Woda chyba też nie za ciepła, chociaż powietrze nagrzało się do 28 stopni.
Niezle kółko przez cały dzień zrobiłam, ledwie doszłam do mieszkania. Wieczorem znów się zrobiło chłodno. Spod prysznica tak jakby mrugał do mnie po znajomości tłusty karaluch.
Kolacja szyneczkowo- truskawkowa i spać.