Po dwóch dniach dotarła do nas męska część grupy i wszyscy z zamieszkaliśmy w hotelu na skraju doliny.

Z jednej strony były malownicze trasy ryżowe a z drugiej uskok, gęstwina i słyszalna w dole rzeka.
Sam hotel klimatyczny jednak mający upierdliwego zarządcę. Uciszał nas nawet w dzień, kiedy pluskaliśmy się w basenie na skraju przepaści. Czułam się jak przedszkolak, kiedy bez słowa gasił nam na tarasie światło. Kolejnym minusem było dotarcie do hotelu, strome podejście pod górę, bez możliwości podjazdu autem. Tylko skutery i własne nogi.
Pierwszy raz wjechałam. Kierujący miał między nogami walizkę, w ręku moją torebkę i kolację na wynos. Ja z tyłu z plecakiem na ramionach. Skuter gładko podjechał pod górę, bałam się, że przeważę go do tyłu.
W hotelu Prashanti spędziliśmy kilka dni. Dwa z nich poświęciliśmy na poznawanie rajskiej Bali od środka. Wynajęcie auta z kierowca na cały dzień, to koszt ok. 50 usd. W większości atrakcji byłam wcześniej, siły za wiele też nie miałam.
Odwiedziliśmy malownicze tarasy ryżowe w Tegalalank, gdzie na jednym ze zboczy można było sobie zrobić pamiątkową fotkę na huśtawce, w sercu z kwiatów czy na romantycznj ławeczce z bluszczu. Nie masz sukienki, która będzie unosiła się romantycznie za tobą, nic straconego, na miejscu można wypożyczyć. Czerwoną, białą z tiulu czy z kilkumetrowym trenem. I ustawiać się do zdjęć fotografom. Wliczonym w cenę biletu.
Degustacja kawy luwak, pozyskiwanej z odchodów cwet była gratisową w kolejnym miejscu naszego postoju. Kawy smakowe przyznać trzeba, przepyszne. Ceny w sklepiku już mniej przyjazne.
Jeżdżąc po Bali co chwilę wyłaniają się piękne krajobrazy. Zachwycają mnie szczególnie soczyście sielone pola ryżowe.
Jednak miejsc na tzw. instagramowe ujęcie jest tu mnóstwo. Niektóre są niezłą ściemą.
W Lempuyang przy bramie odbywał się dziwaczny proceder. Jak się okazało zdjęcie na Instagram, gdzie brama odbija się w wodzie, jest zrobione przy pomocy lusterka przystawionego do telefonu. Takie zdjęcie zrobi specjalna ekipa siedząca pod parasoelm przed bramą. Jeśli starczy cierpliwości na czekanie na swoją kolej. Miałam numer 383, a fotografował się numerek 256. Najszybciej, bo po godzinie, można sobie zrobić instagramową fotę o 6 rano. W szczycie sezonu przed niebiańską bramą fotografuje się ponad 5 tys. osób dziennie!
Nie ma tu samowolki, wszystko jest sprawnie zorganizowane i wliczone w cenę biletu wstępu. Oczywiście nie skorzystaliśmy z tej kolejki, zwinęliśmy się po kilku fotkach zza obsługi pod parasolem. I tak ledwie dychałam
wilgotność i upał zdecydowanie mnie osłabiają w chęciach.
Zrobiłam za to któregoś dnia poranny spacer przed śniadaniem po okolicznych polach ryżowych. W sumie strzeliłam wtedy kilka ładnych kilometrów. Miałam dobry dzień, nogi same niosły ścieżką wśród zielonych pól. Za to kolejnego dnia miałam takie zakwasy w łydkach, że darowałam sobie zwiedzanie świątyń.
Pomógł trochę godzinny masaż nóg, jednak w drodze powrotnej trzeba było pod nasza górę wejść samemu, skutery późnym wieczorem były już nieczynne.



















