Kolejny dzień moja grupa spędziła na wycieczce.

Pierwszym punktem był słynny targ, który jest rozłożony wzdłuż torów kolejowych. Kiedy pociąg przejeżdża sprzedawcy chowają swoje towary. Mae Klong niestety ściąga także wielu turystów. Atrakcja dość szybka, bo niby pociąg jedzie wolno, ale po kilku minutach jest po wszystkim. Dla sprzedawców interesujący nie jest przejeżdżający pociąg, bo to mają go kilka razy dziennie a sami turyści.
Drugim punktem programu był pływający targ Damnoen Saduak. To najsłynniejszy pływający targ, położony około 90 kilometrów od Bangkoku.
Historia pływających targów związana jest ściśle z bardzo rozbudowaną siecią kanałów wodnych, które możemy znaleźć w okolicach i w samym Bangkoku.
Kanały zwane khlong stanowiły i nadal odgrywają ważną rolę na mapie transportu. Na wodzie można kupić warzywa, owoce a nawet gorące posiłki przygotowywane na oczach turysty. Łodzie są drewniane o charakterystycznych kształtach, sprzedawcy zakrywają się przed palącym słońcem kapeluszami.
Grupa po odwiedzeniu dwóch targów i powrocie do Bangkoku zdecydowała się na powrót pieszo do hotelu. Ulice metropolii są zakorkowane, przejazd kilku kilometrów, to długie godziny. Jednak temperatury zdecydowanie nie spacerowe.
Ja w tym czasie podbijałam pobliski sklep 7/11. Na tiktoku pełno filmików o świetnych produktach jakie oferuje, wiec postanowiłam sprawdzić. Nie pomyliłam się, zakupy udane. Mają mnóstwo ciekawych rozwiązań dla podróżników, mikroskopijne saszetki z pasta do zębów, podręczna płaska maskara czy kolagen w korku do butelki.
Po porannych rewolucjach jelitowych spowodowanych pewnie nowościami, które serwowałam, obiecałam wrócić do suszonej wołowiny i chrupkiego pieczywa. Jednak jak być w raju kulinarnym i nie skusić się na smaczne jedzenie, nawet w mikro porcji. Mają tu smaczne i bardzo tanie żarełko, cała dobę dowóz, wybór jest ogromny.
Na śniadanie zamówiłam owsiankę z… gotowanymi krwistymi kawałkami wątróbki wieprzowej. Bardzo smaczne danie. Moi towarzysze byli innego zdania, dziwnie się na mnie patrząc. Kiedy znalezione w owsiance gotowane jajko okazało się małym kurczaczkiem w środku, co niektórzy dostali odruchu wymiotnego. Przyznaję i ja nie dałam rady dalej jeść.
Kolejnym posiłkiem były kawałki serc, żołądków, jelit i wątróbki drobiowej na patyczkach. Z zieleniny i sosów nie skorzystałam. Moi kamraci nie mieli ochoty na skosztowanie. A wymiksowali się szybko, kiedy zabrałam się za kurzęce grillowane odbyty. Takie ściśnięte dziurki, elastyczne i na bokach chrupiące. Trochę zalatywały kurnikiem, ale w smaku ok.
Nie mam pojęcia jak wpisywać owe potrawy do mojej aplikacji mierzącej skład posiłków.














