Laos jest 141 krajem, który odwiedziłam. W regionie do zobaczenia został mi tylko Tajwan.

Trzeba czekać na promocję biletów lotniczych.
Na dworcu kupiliśmy w kasie od razu bilety na powrót z Luang Prabang do Vientiane za kilka dni, bo z tymi dzisiejszymi było mnóstwo problemów.
Z Vientiane stolicy Laosu do Luang Prabang, naszego docelowego miejsca w kursuje kilka szybkich pociągów jadących tylko 1.46 minut. Busem odległość się pokonuje w aż 7 godzin.
Szybka kolej między Vientiane a Luang Prabang, to część trasy pomiędzy Laosem a Chinami. Dla Laotańczyków, ta kolej jest dobrodziejstwem dla kraju, stworzyła nowe możliwości rozwoju, ułatwiła podróże między miastami. Pociąg przypomina nasze pendolino, zabiera na pokład do 700 pasażerów i osiąga prędkość do 160 km/h.
Trasa wiedzie przez malownicze okolice. Od stacji Vang Vieng opadła mi z zachwytu szczęka na widok mijanych krajobrazów.
Tak właśnie wyobrażałam sobie Laos Marka. To pewnego rodzaju podróż upamiętniająca mojego kumpla, Marka W. mega utalentowanego fotografa, który zmarł kilka lat temu. Ukochał Laos, który ciągle przewijał się w naszych rozmowach. Teraz wiem, dlaczego.
Otulone mgłami i siwymi dymami poszarpane góry, cudowne światło, delikatne wysokie trawy, przez które słońce tańczyło złotem. Czerwona spalona upałem ziemia, chaty z drewnianymi charakterystycznymi dachami, pasące się szare bydło. Marek poznawał Laos jeżdżąc często motorem, docierał do małych biednych wiosek, gdzie ludzie żyją w prostocie tym samym rytmem od lat.
Do Luang Prabang przyjechaliśmy już ciemną nocą, dworzec piękny, nowy i stylizowany. Mają rozmach.
Samo miasto jest kawałek oddalony od stacji kolejowej, zapakowaliśmy się więc w taxi busa za 2 dolce od osoby. Mimo zmęczenia nocką w pociągu i całą podróżą, po szybkim idswiezeniu ruszyliśmy w miasto. Sił starczyło tylko na pobliską knajpę 😉