Luang Prabang, to dawna stolica Laosu. W 1975 roku został Vientiane.

Dla jednych Luang jest najpiekniejszym miastem nie tylko Laosu, ale także całych Indochin. Stara kolonialna zabudowa, malowniczo wijacy się szeroki Mekong i jego odnoga Namkhan oraz wędrujący o świcie mnisi potwierdzają ten zaszczytny tytuł.
Na ten ceremoniał wstaliśmy przed świtem i udaliśmy się na główną ulicę Sakkaline. W mieście i okolicach mieszka ponad tysiąc mnichów, z których część o świcie wyrusza w korowodzie zbierając jałmużnę od mieszkańców i turystów. Setki mnichów z 35 świątyń Luang Prabang chodzą w ciszy, medytując, zbierając codzienne jałmużny od wyznawców. Jest to podstawowa buddyjska praktyka zdobywania zasług – symbiotyczna relacja między mnichami i dającymi jałmużnę. Zapewniając pożywienie mnichom z Laosu, ludzie mają nadzieję na wygenerowanie dobrej karmy. Lokalsi ułatwiają turystom, sprzedając im w wiklinowych koszyczkach ugotowany ryż. Do kompletu dosteje się także małe paczuszki ciasteczek i rękawiczki, którą podaje się ryż mnichom. W innych miejscach także można spotkać wędrujących , ubranych w jaskrawe pomaranczowe szaty mnichów, na Sakkaline jest to bardziej skomercjalizowane i w towarzystwie innych turystów.
Dziś mieliśmy dzień na luzie, czyli samodzielne wędrówki po Luang, zakupy i czas wolny.
Jedni jak ja odsypiali porannych mnichów a inni zwiedzali Wait Mai, Wat Xieng Thong, Wat Manorom, Wat Siphoutthabat Thippharam, czy Wat Paphaimisaiytaram.
Po południu wybraliśmy się na rejs po rzece Mekong, która wije się przez Luang Prabang. Na barce były miejsca do siedzenia, leżenia a biletem wstępu była drewniana pałeczka. Do nich dostawało się także dwie krótkie, na drinka i przekąskę w czasie rejsu. Rejs po Mekongu o zachodzie słońca, to świetny pomysł na relaks i odprężenie. Pod koniec załoga przygotowała ceremoniał topienia w wodzie naszych wcześniej spisanych na ɓananowych kawałkach liści, życzeń i problemów. Każdemu zawiązali na nadgarstku biały sznureczkiem dla spełnienia tego.