Po śniadaniu ruszamy dalej w rejs. Jesteśmy coraz bliżej celu naszej podróży, czyli wyspy Coron.

Tu trzeba przyznać, widoki są ładniejsze niż przy El Nido.
Jednym z dzisiejszych przystanków jest plaża na wyspie Culion. Tam właśnie mój telefon odszedł. Niby w pokrowcu, niby zawsze uważałam a raz chyba nie zamknęłam dokładnie i się woda znalazła w środku. Podobna sytuacja jak kiedyś na San Andres w Kolumbii. Byłam wtedy bez telefonu przez kilka tygodni podróży. Teraz też niewiele co mogłam zrobić.
Najbardziej mi było szkoda, że nie zrobię zdjęć tym wszystkim cudnym miejscom na koniec rejsu. Posiłkowałam się telefonami innych, ale i tak mam mało zdjęć z tego dnia. Swoją drogą, to był trzynasty dzień miesiąca, pechowy dla mnie jak widać.
Im bliżej Coron, tym więcej wapiennych ostańców w wodzie, takie postrzępione skały wystające wprost z morza. Czarny ich kolor w kontraście z turkusem wody i soczystą zielenią roślinności porastającej co niektóre- prawdziwa uczta dla oczu.
Był przystanek na skoki z poszparpanych wysokich skał, ale to nie aktywność dla mnie, nigdy tego nie lubiłam. Obserwowałam więc młodą cześć pasażerów naszej łódki, skaczących z radością do wody. Młodość ma swoje przywileje…
Do portu w Coron przypłynęliśmy przed wieczorem. Aż się nie chciało schodzić na ląd, słysząc klaksonu tuk- tuków i czując klimat tłocznego i głośnego miasteczka. Nasza drewniana łodź, to oaza spokoju i ciszy. To był wspaniały pomysł na podróż i super ekipa. Chętnie bym to powtórzyła, albo tak ciągle pływała…
Do hotelu trzeba się było się dostać dwoma tuktukami.
Spaliny, hałas i duchota, na szczęście, to tylko przystanek.