Jedną z ostatnich atrakcji naszego wyjazdu na Filipiny, był 3 dniowy rejs z El Nido na Palawanie do Coron.

Z El Nido agencja, u której załatwiałam wszystkie formalności zawiozła nas busem do San Fernando, małego portu od góry Palawanu. Do naszego busa trafiła czterosobowa grupa sympatycznych Polaków. Zaokrętowanie na statek sprawne, bagażami zajęła się obsługa stateczku. Jest ich osiem osób, nas gości 20.

Statek jest drewniany, dwupoziomowy, z typowymi dla Filipin bocznymi pływakami z grubych pni bambusowych.

Troszkę jeszcze czekaliśmy w porcie na ostatnią parę spóźnialskich pasażerów i zaraz potem kontrola strażnika ze straży przybrzeżnej. Kapitan miał spory plik dokumentów, które przeglądali dokładnie. Przed wypłynięciem podano śniadanie- makaron z warzywami, ryż, jajka sadzone, owoce i blanszowane warzywa. Byliśmy po jednym śniadaniu w hotelu, ale na te smakowitości, każdy się skusił.

Koło południa wreszcie wypłynęliśmy. Cała nasza 9 osobowa grupa Polaków wybrała sobie górny pokład z pomarańczowymi wielkimi poduchami. Bujało niezle, ale można się było przyzwyczaić. To taka inna podróż, jak na wielbłądzie, macha w każdą stronę. Najbardziej na pełnym morzu, bo kiedy wpłynęliśmy w pierwsze małe wyspy, fale się zmniejszyły.

Widoki cudne, białe plaże z palmami kokosowymi, turkusowo- zielona woda i soczysta zieleń roślinności w głębi wysepek. Takie rajskie pocztówkowe krajobrazy. Cisza, sielanka tylko wiatr we włosach i szum fal. Czasami te fale lądowaly na mnie, ale miejscówka na ławce przy dziobie była bardzo atrakcyjnie widowiskowa.

Pierwszy przystanek mieliśmy przy wiosce z piękną plażą.

Zejście z łodzi komfortowe, po szerokich schodkach. Maska na twarz, kamizelka i siup do wody. Udało mi się dopłynąć do plaży, ręce wprawdzie bolały, bo prąd był od lądu w stronę morza.

Po drodze widziałam piękne ryby, niebieskie rozgwiazdy i różnorodne koralowce. Na plaży leżały muszle o najprzeróżniejszych kształtach.

Kiedy rozległ się dźwięk z muszli wydmuchiwany przez kapitana, trzeba było wracać do łajby. To wcale nie tak blisko zacumowaliśmy.

W powrotnej drodze do łodzi pomógł mi jeden z chłopaków obsługi, wziął mnie na hol do swojego supa. Czułam się na wieloryb 😉