Dwa dni na Isla Grande i akumulatory naładowane. Leniwy rytm dnia.

Już powoli przechodzi jetlag i nie budzimy się o 3 nad ranem.
Śniadanie, obowiązkowa kawa i do wody. Na plaży cały dzień. Z wody, do wody, i tu gorąco i tu. Słońce daje nam popalić.
Połowa grupy w sile dwóch osób w międzyczasie obleciała całą wyspę wzdłuż i wszerz.
Do latarni morskiej wybudowanej przez Gustawa Eiffla także doszli, nawet weszli na samą górę.
Obiad tradycyjnie zamówiłam u Mr. Beto. Krewetki w sosie mango z ryżem gotowanym na mleczku kokosowym i smażona aromatyczna ryba w warzywach. Do tego zimne wino merlot z czarnych porzeczek firmy Riunite i żyć nie umierać.
Znad obiadu widoki na wodę, kapiące się dzieciaki i przystojnych Filipińczyków, którzy mają na Isla Grande swoją bazę patrolową wybrzeża.
Cała plaża dla nas, więcej ludzi pojawi się dopiero na weekend, w ciągu tygodnia jest tu cisza i błogi spokój. Dla Ricardo aż za spokojnie.
Odpoczęliśmy po długiej podróży z Europy i mogliśmy dalej ruszać na podbój.
Bezpośrednio do Colon dojechaliśmy szalonym diablo rojo, czyli czerwonym diabłem. Kierowca gnał jak szalony po zakrętach I pagórkach. Tylko trzeba się było mocno trzymać, by nie spaść z siedzenia. Kiedy zwalniał upał wlewał się szybko.
Przed samym Colon trafiliśmy na protest w sprawie limitów wody, staliśmy godzinę. W tym czasie dotarła do mnie informacja, że na wyspie zostały moje leki, bez których nie żyję. Szybka akcja Justyny, zaprzyjaźnionej właścicielki hotelu. Problemem byłby ewentualny powrót, bo tego dnia nie było już autobusów a wieczorem mieliśmy lot na Kubę. Justyna z całą przytomnością wysłała kierowcę z moją kosmetyczką i po kilku godzinach lekarstwa wróciły do mnie. Taki ludzki gest i życzliwość.
Z opóźnieniem, ale bez pośpiechu dotarliśmy do Panama City. Tam kolejne przepakowanie, kolejny życzliwy gest moich panamskich przyjaciół- udostępnili nam pokój z klimatyzacją i łazienką, abyśmy nie musieli się męczyć w 39 stopniach, które były dookoła.
Do Havany dolecieliśmy mocno zatłoczonym samolotem Copa Airlines. Ostatni incydent z oderwaniem się kawałka maszyny uziemił w Copie aż 22 samoloty max i sporo lotów musieli pokasować. Także ten rejs przed naszym.
W Havanie na lotnisku sprawnie, bez komplikacji jak ostatnio. Dwa nadane bagaże odebrane, paszporty w całości a przed terminalem znajoma twarz Rene. Środek nocy, więc szybko spać.















