Przyznaję się uczciwie, myliłam się co do pobytu w sanatorium. Pierwszy tydzień był straszny, bardzo się męczyłam, chciałam uciekać. Czułam się jak w innym świecie. W drugim tygodniu wzięłam byka za rogi, wytłumaczyłam sobie, że muszą być jakieś pozytywne strony tego mojego wyjazdu, że nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny i po próżnicy. Jednym z takich fajnych elementów pobytu stały się… zabiegi. Moja łatwość nawiązywania kontaktów, zaowocowała miłymi koneksjami z fizjoterapeutami. Zamiast mrożenia jednego kolana, miałam codziennie oziębiane dwa. Do tego miłe słowo i uśmiech. Początkowe tortury w sali z podwieszkami, okazały się świetnym czasem rozmów o podróżach i … moim dawniej ulubionym Iranie. Charyzmatyczny fizjoterapeuta potrafił mnie tak zagadać (tak tak, mnie zagadać, niebywałe?), że chodziłam tam codziennie z radością. W ostatnim tygodniu zamiast 30 minut obowiązkowych ćwiczeń nóg z karty zabiegowej, ćwiczyłam też i ręce. Jeszcze kilkanaście dni i pewnie moje zakresy rozdziawiania nóg, byłyby idealne do robienia szpagatu 😉 To zasługa prowadzacego zabieg, wziął sobie za punkt honoru rozruszanie mojego obłego ciała. Jednak prawdziwą perełką i powodem do zadowolenia z pobytu, był basen solankowy i godziny, jakie w nim codziennie spędzałam. Oprócz obowiązkowych ćwiczeń z instruktorem przed obiadem wykupiłam sobie wstęp komercyjny. Nie bylo to bynajmniej bujanie się tylko w wodzie, czy podwodne masaże. Sumiennie pedałowałam po godzinie, dwóch. Do tego darmowe inhalacje w unoszącej się nad wodą mgle jak z jakiegoś koszmaru. Tak czasami spędzałam czas między obiadem a kolacją, czy wieczorem aż do zamknięcia. Relqks w basenie był możliwy też dzięki pracującym tam ludziom. Szczególnie szefowej, która podobnej do mojej postury i także miała problemy z kolanami. Kiedy podczas jednego z pobytów w basenie dałam z liścia namolnemu facetowi, moje akcje wyraźnie skoczyły do góry i wstęp na basen miałam nielimitowany. A facet zarobił, bo się o mnie pod wodą ocierał. Dwa razy zwróciłammu uwagę, za czwartym dostał z liścia. Zrobiła się cisza, więc z podniesioną głową wyszłam z wody. Myślałam, że dostanę zakaz wstępu, bo biję gości. Nic z tych rzeczy, jeszcze mnie pochwalili i prawie uznali za bohaterkę turnusu. Napalonego pana w siwym czepku już więcej nie widziałam. Inni się bali do mnie zbliżać, co bardzo cieszyło.
Ostatni tydzień, to była przyjemność. Kolana przestawały stooniowo boleć, do koniecznych blisko 4.5 tys kroków dziennie już się zaczelam przyzwyczajać. Nawet na głośnych seniorów znalazłam sposób- zatyczki. Przyznaję, wieczorami byłam zmęczona dniem ćwiczeń, zabiegów, pedałowania pod wodą i całą tą aktywności. Zmieniłam czasy snu, wstawałam razem z innymi przed godziną 6 a szłam spać z kurami. Tylko na zewnątrz nie miałam ochoty wychodzić. Za zimno.Zaczęłam zauważać pozytywne strony pobytu w sanatorium. Regularne posiłki, których nie trzeba wymyślać, gotować, przynosić ze sklepu. Wszystko podane do stołu. Zabiegi, rozrywka w postaci basenu, rytm. Takie kolonie z młodości.
Rodzynkiem i przełomem był też zakup nagrody, czyli bilet lotniczy do Panamy. Od tego momentu świat zaczął być zupełnie różowy. Chyba endorfiny skoczyły mocno. Na tyle, że od razu po powrocie zarezerwowałam sobie prywatny pobyt w tym samym sanatorium już na wiosnę.
Wróciłam wprawdzie na końcówce zapalenia zatok, ale początkową fazę zaatakowałam solankowymi basenowymi inhalacjami i godzinami w ciepłej wodzie. Taka z większą radością wróciłam.