Ostatni dzień w Bangkoku na spokojnie, bez pośpiechu.

Przenieśliśmy się do hotelu bliżej dworca kolejowego, z którego jutro odjezdzmy do Laosu. W planie tylko pobliski bazar Chatuchak, odpoczynek przy hotelowym basenie i relaks.

Na bazar pojechaliśmy rankiem, kiedy było troszkę chłodniej. W miarę upływu czasu robiło się strasznie ciepło i nawet robienie zakupów nie sprawiało mi przyjemności. Zrobiliśmy sobie więc przerwę na … tajski masaż w klimatyzowanym salonie. Coś cudownego, gesia skórka i rozanielające dreszcze. Nogimpo takim godzinnym masażu lżejsze o dwie tony a portfel biedniejszy tylko o 22 zł.

Market Chatuchak jest uważany za największy market na świecie. Można tu kupić wszystko. Od ubran, pamiątek, rękodzieła do żywych zwierząt i roślin doniczkowych. Jednak po kilku godzinach dreptania wśród straganów nabyłam takiej obojętności na mijane towary, że czas się ewakulować.

Popołudnie przy hotelowym basenie z zaskakująco zimną wodą.

Wieczorem busikiem pojechaliśmy na dworzec Krung Thep Aphiwat. To dworzec bardziej przypominający lotnisko. Czterokondygnacyjny dworzec ma powierzchnię prawie 30 hektarów. Pociągi będą poruszać się po 24 torach na 12 peronach. Według rządu jednocześnie terminal może obsłużyć 40 pociągów.

Stary dworzec kolejowy w Bangkoku, znany jako Hua Lamphong działał od 1916 do 2024.

Nowy dworzec, to część projektu w ramach inicjatywy Nowego Jedwabnego Szlaku, który zakłada wzrost znaczenia kolei dużych prędkości w tym regionie Azji.

Niestety z płaszczyzny pasażera po roku działalności nie oferuje terminal jeszcze wielu udogodnień. Nie można płacić kartą, brak wygodnych siedzeniami, nieczynne toalety.

Samo wejście na pokład pociagu przypomina boarding do samolotu. Sprawnie pasażerów konduktorzy w wielkich czapkach z daszkiem kierowali do odpowiednich wagonów. Idea przejazdu do Laosu pociągiem urodziła się nam podczas planowania całej wyprawy z powodu otwarcia nowego połączenia i komfortowych wagonów sypialnym w super cenie.

Pech chciał, że nam się trafil stary skład. Poobrywane zasłonki wkoło łóżek, sfatygowana toaleta i działająca na full klima. Na pasażerów czekały gotowe łóżka z białą poduszka i prześcieradłem oraz kołdra. Bardzo się przydała już wkrótce, bo w nocy było mi zimno. Widoki tajskich wiosek można było podziwiać dopiero przed samą granicą z Laosem, czyli końcówka podróży.

Przed Mostem Przyjaźni na rzece Mekong na stacji Nong Khai wysiadka na peronach i procedury wyjazdowe z Tajlandii. Szybko sprawnie i bezproblemowo. Zdążyłam jeszcze kupić na śniadanie grillowane kurze jelita na patyku, kuperki i serduszka. Znów potem juz w pociągu śniadanie jadłam sama, bo wszyscy uciekli.

Most nad rzeką Mekong na granicy tajsko-laotańskiej, łączący prowincję Nong Khai w Tajlandii z Wientianem został otwarty 8 kwietnia 1994 i jest pierwszą stałą przeprawą mostową w dolnym biegu Mekongu, a drugą – na całej długości tej rzeki. Most ma 1170 m długości.

Po paru kilometrach dojechaliśmy do stacji końcowej Vientiane Khamsavath. Tu dworzec, podobnie jak w Bangkoku jest wielki i jakby zbudowany na wyrost.

Po opuszczeniu pociagu procedury papierologiczne wjazdu do Lasosu, pomagali strażnicy kolejowi we wściekle fioletowych mundurach. Mieliśmy kilka godzin do odjazdu kolejnego pociagu, więc na spokojnie znaleźliśmy się na końcu oolejki wizowej.

Do wizy potrzeba wypełnić 2 druczki, dołączyć zdjęcie ( jak ktoś nie ma, płaci 5 USD zadośćuczynienia 😉 Za 40 USD dostaje piękną laotańską wizę wlepianą na całą stronę paszportu. Można płacić także tajskimi batami.

Pociąg z Tajlandii dociera na dworzec oddalony od stolicy o kilka kilometrów, wzięliśmy busa, aby przejechać na kolejny dworzec. Tam też rozmach typowy dla budowli zaprojektowanych przez Chińczyków.

Na dworcu kupiliśmy w kasie od razu bilety na powrót z Luang Prabang do Vientiane za kilka dni, bo z tymi dzisiejszymi było mnóstwo problemów.

Z Vientiane stolicy Laosu do Luang Prabang, naszego docelowego miejsca w kursuje kilka szybkich pociągów jadących tylko 1.46 minut. Busem odległość się pokonuje w aż 7 godzin.

Szybka kolej między Vientiane a Luang Prabang, to część trasy pomiędzy Laosem a Chinami. Dla Laotańczyków, ta kolej jest dobrodziejstwem dla kraju, stworzyła nowe możliwości rozwoju, ułatwiła podróże między miastami. Pociąg przypomina nasze pendolino, zabiera na pokład do 700 pasażerów i osiąga prędkość do 160 km/h.

Trasa wiedzie przez malownicze okolice. Od stacji Vang Vieng opadła mi z zachwytu szczęka na widok mijanych krajobrazów.

Tak właśnie wyobrażałam sobie Laos Marka. To pewnego rodzaju podróż upamiętniająca mojego kumpla, Marka W. mega utalentowanego fotografa, który zmarł kilka lat temu. Ukochał Laos, który ciągle przewijał się w naszych rozmowach. Teraz wiem, dlaczego.

Otulone mgłami i siwymi dymami poszarpane góry, cudowne światło, delikatne wysokie trawy, przez które słońce tańczyło złotem. Czerwona spalona upałem ziemia, chaty z drewnianymi charakterystycznymi dachami, pasące się szare bydło.

Marek poznawał Laos jeżdżąc często motorem, docierał do małych biednych wiosek, gdzie ludzie żyją w prostocie tym samym rytmem od lat.