Kolejnym etapem naszej podróży po Indonezji były wysepki Gili leżące niedaleko Lomboku.

Męska część grupy udała się w drogę powrotną, my do portu w Padangbai. Stąd szybką łodzią na Gili Air.
Kilkanaście lat temu byłam na sąsiedniej Gili Meno, pamiętam stamtąd ciszę i spokój.
Nasz hotel Santay położony jest po drugiej stronie wyspy i aby się do niego dostać musiałyśmy skorzystać z konnej bryczki. Drobniutki konik o mało co nie zawisł z nogami do góry, jak woźnica zapakował nas i bagaże.
Na parę dni zamieszkałyśmy w fajnych chatach, kilka kroków od plaży, gdzie rano przy brzegu pasą się żółwie.
Na Gili Air mieszkałyśmy w osobnych chatkach niedaleko morza. Klima, wygodne łóżko, łazienka z prysznicem, ciepła woda, śniadanie do wyboru codziennie inne. I to za grosze. Jedzenie w naszej nadmorskiej knajpie także pyszne i w dobrej cenie.
Wisienką na torcie były podwodne ogrody tuż przy brzegu. W nich rano pływały żółwie. Tylko ciężko wstać o świcie i żółwi nie widziałyśmy. Za to ostatniego dnia popołudnie całe pod wodą spędziłyśmy na snorkowaniu. Rybki cudne, korale i podwodne kapusty.
Zawsze podziwiając kolory i kształty ryb myślę o wyobraźni ich Stwórcy. Majestatyczne morskie skalary, neonowe niebieskie zwinne rybki czy obrażona miną rozdymki. Do tego paski, kropki i ciapki w najmniej spodziewanych miejscach na rybich ciałach. Piękne widowisko miałyśmy, bo odpływ spory i można było dopłynąć do niezłych widoczków.
Fotograf za to się nie spisał. Pokrowiec na telefon pod wodą żył swoim życiem i albo nagrywał sekundowe filmy, albo znienacka przełączał kamerę na przednią. W efekcie mam ponad dwadzieścia filmików z moimi piersiami na planie pierwszym, bananem z uśmiechniętą moja buzią na drugim. Ale co zobaczyłam, to mam pod powiekami.
Wieczorami nadciągały chmury znad pobliskiej wyspy Lombok. Czasami odsłaniał swoje oblicze wśród chmur wylulkan Rinjani, tworząc bajkowy obrazek. Kilka razy z tych granatowych chmur lunęła sciqna deszczu dając chwilowe orzeźwienie. I tak na plaży spędzałam całe dnie, morska bryza przyjemnie chłodziła. Woda tej ochłody nie dawała, przeważnie była ciepła jak zupa.
Mogłabym w niej wisieć całymi dniami, jak spławik. Odprężając przy tym wszystkie mięśnie, będąc lekką jak piórko i bujając się z rytmem lekkich fal.
Uwielbiam ciepłą wodę… słońce też.













