W Bogocie lot rejsowy TK900 ma dwie godziny postoju.
Część pasażerów wysiada, część wsiada.
Ekipa kolumbijska pośpiesznie sprząta pozostałość po kończących podróż.
W tym czasie dzięki zainstalowanej wirtualnej karcie esim, mam połączenie internetowe ze światem. To zdecydowanie lepsza opcja, niż karty fizyczne, do których uruchomienia potrzeba kodów, szyfrów i innych zabiegów.
Potem godzina lotu i lądujemy w oblepiającym wilgocią upale panamskim. Różnica temperatury, to 47 stopni Celsjusza.
Bagaż, deklaracja, spowiedź w kontroli paszportowej i już siedzimy w uberze do hotelu.
Tam wesoło merdający ogonem staruszek Choco. Jest jeszcze szczuplejszy, gubi sierść i prawie ślepy. Ma 16 lat i wszystko rozumie, co do niego po polsku mówię.
Powitanie z człowiekami, szybka wzajemna relacja z kilku ostatnich miesięcy, prysznic i zamiast łóżka, pakowanie na jutrzejszy poranny wyjazd. Na koniec drugiego dnia podróży wszyscy jesteśmy padnięci. Jetlag jeszcze dobija.
O ciemnościach już się budzimy, w Polsce jest południe, tu szósta rano. Pierwsze pytanie do grupy:
– Żyjecie jeszcze?
Żyjemy i zaraz jesteśmy na nogach.
Szybkie śniadanie z resztek podróżnych, uber na dworzec i mkniemy ekspresem do najbrzydszego miasta Panamy, Colon.
Tam przesiadka z klimatyzacji, do wentylacji okiennej. Chwilowo i tej brakowało, bo stary amerykański autobus szkolny czekał na pasażerów. W czasie jazdy wentylacja urywała głowy, nie dając wielkiej ochłody ciału rzucanemu po skajowych parzących siedzeniach.
Autobus rycząc jak smok na zakrętach i górkach drogi wiodącej do Portobelo, prawie przekraczał prędkość dźwięku wychodzących z wielkich klaksonów z przodu maski. Były dwa rodzaje sygnałów przez nie wydawanych, nie rozpoznaliśmy w których sytuacjach używanych. Tubalne klaksonowe ryki mieszały się z dudnieniem z wielkich głośników nad pasażerami. Czasami melodia nie była rozpoznawalna, rytm, aż za bardzo.
Moim seniorom bardzo się ta szaleńcza podróż podobała. Zrobiliśmy sobie półgodzinny stop na zwiedzanie kolonialnego Portobelo. Skarbiec, który z fortyfikacjami jest obiektem UNESCO, już całkowicie odrestaurowany, pojawiły się w pobliżu nowoczesne sklepiki z pamiątkami.
Nic nie zmieniło się w forcie San Lorenzo, dalej stoją ruiny. Przy kościele Św. Filipa niezmiennie stragany z czarnymi Jezusami.
Kolejnym kolorowym chickenbusem dojechaliśmy do La Guaira, skąd łódką w dwie minuty na Isla Grande.
Od pomostu do hotelu ze sto metrów, w tym upale od razu spocona do bielizny.
W kostium i do wody…. ulgaaaaaaa












