Do Toronto samolot z Paryża przyleciał przeszło godzinę po planowym czasie. Lot na leżąco, na trzech fotelach, jak królowa.
W stronę zachodnią leci się zyskując czas, wylot z Europy rano, tyle godzin lotu i nadal jest dzień. W Toronto nie było nawet czasu na wizytę w moim ulubionym saloniku, szybko do transfer desk i nowy bilet, planowany samolot do Vancouver właśnie odlatywał.
Po tych pięciu godzinach lotu wewnątrz Kanady, byłam ledwo przytomna. Różnica w czasie między Polską a Vancouver wynosi aż dziewięć godzin, po dojeździe do hostelu padłam. Nawet nie było to zmęczenie ciała, ino brak snu z ostatnich nocy.
Rano już o świcie byłam pełna werwy i zapału. Hostel sam w sobie jest klimatycznym miejscem, stare drewniane podłogi, okna, rzeźbione żeliwne kaloryfery. Okolica zresztą także- Gastown.

Na skrzyżowaniu obok tłum turystów fotografujących uliczny zegar, jak się okazało, parowy. Na pełne godziny kuranty są oczywiście dzięki parze strzelającej z jego rogów.
Tyle już widziałam w czasie podróży a ciągle coś mnie zaskakuje, jak właśnie ten niezwykły zegar na ulicy.
Spacerkiem z moimi chłopakami powędrowaliśmy w stronę parku Stanleya i przystani, gdzie zacumowały dwa wielkie statki wycieczkowe. Pogoda idealna na spacer.

8.05.2018