Blisko trzy tygodnie podróży po Polsce z moim wnukiem, to super czas.

Mądre, złote dziecko, które ma ogromną ciekawość świata, łatwość nawiązywania kontaktów i potencjał na podróżnika. Ponad 2 tysiace kilometrów komunikacją publiczną, głównie pociągami różnej szybkości. Od zwykłych elektryczniaków, po szybkie pendolino. Dla małego były to pierwsze w życiu podróże pociągami. Najpierw dwa dni u mnie a potem wybraliśmy się do Ustki.
Początek trochę niepokojący, bo 10 godzin spędziliśmy na twardych krzesełkach w pogotowiu w Słupsku (zapomniałam o rozruszniku i machnęłam walizkę na półkę w pociągu), sprawdzanie czy się elektrody nie oderwały. Mały był cały czas ze mną, wróciliśmy do ośrodka nad ranem, niezła pierwsza nocka nad morzem.
W Ustce istne szaleństwo. Wszystko, by młody miał fajne wakacje i 9 urodziny. Fokarium, statek piracki, gdzie ja miałam chorobę morska a młody świetną zabawę, gokarty, meleksy, niezliczone ilości lodów, gofrow i kukurydzy. Dopingowało mnie jego towarzystwo do większej niż zazwyczaj aktywności. Będąc towarzyszem takiego podlotka, nie ma czasu na poobiednią drzemkę czy leniwy poranek.

Pogodę mieliśmy w kratkę, ale to nie przeszkadzało w zabawie. Nawet sobie o kilka dni przedłużyliśmy pobyt. Jak padało, to spędzaliśmy fajny czas w aquaparku.
Powrót do domu na dzień i od razu kolejna podróż- na Śląsk do kumpla. Tam 3 godzinny spacer 320 metrów pod ziemią w kopalni węgla kamiennego, planetarium, pierwszy przejazd młodego gondola, tramwajem i… samolotem.

Z Katowic do Warszawy zrobiłam mu niespodziankę i polecieliśmy LOTem. Co za przyjemność dla mnie była, kiedy on tak łapczywie chłonął informacje o lotnisku, samolotach i samym locie. A już obserwacja odczuć małego, kiedy samolot się wzbił w powietrze, to bajka. Reagował tak naturalnie na każdy ruch samolotu.
Leciał też z nami Czesław, wielki afrykanski ślimak, który wzbudzał mieszane uczucia u starszego pana stewarda.
Młody dostał w czasie lotu certyfikat odbycia pierwszego lotu podpisany przez całą załogę. Po podróży mój wnuk stwierdził, że przeleczył już lęk wysokości i będzie ze mną latał.
Kolejny pociąg i wróciliśmy. Kiedy młodego odebrał tata i ciężar odpowiedzialności za szkraba zszedł ze mnie, rozłożył mnie covid.

Po raz 3.

Opowiem Wam o mojej ostatniej przygodzie, która nadal trwa. Jestem od środy na baterie, jak króliczek duracell, nie Playboya, bynajmniej.

Miesiąc temu karetka zawiozła mnie do szpitala, tydzień i przejazd druga karetką do kliniki w Łodzi.
Na oddziale elektrokardiologii w Centralnym Szpitalu Klinicznym zajmują się wszelkimi sprawami elektryki serca. Tu na ablacje, kardiowersje i rozruszniki czekają ludzie z całej Polski. Dwa dni, zabieg i do domu. Inaczej ma się sprawa jak po drodze zostanie wykryta borelioza. Tak i było u mnie. Nawet nie wiedzialam, że ugryzł mnie kiedyś kleszcz. Borelioza zepsuła mi serce do tego stopnia, że lekarze nie mieli wyjścia i zdecydowali o wszczepieniu rozrusznika.
Zabieg przeprowadził doktor, z którym od początku pobytu nie było mi po drodze.
Na blok operacyjny zaprowadziły mnie pielęgniarki. W specjalnej koszuli operacyjnej a nawet dwóch, bo rozmiar trochę za mały.
Śluza, jazda na łóżku i patrzenie na mijane lampy w suficie, jak w większości scen filmowych ze szpitali.
Na sali operacyjnej łóżko, tysiąc monitorów u stóp i anestezjolog od stóp do głów schowana w szaty ochronne. Tylko jej ciemne oczy widziałam, no i ten uspokajający głos przez cały zabieg. Bardzo mi pomogła opanować trzęsące się za strachu miękkie nogi.
Zabieg wszczepienie rozrusznika serca odbywał się bez narkozy, w pełnej świadomości, w znieczuleniu miejscowym jak podczas wizyty u dentysty.
Najpierw opasano mnie niebieskimi taśmami i przyklejanymi do nagiego ciała chustami. Nad głową w czepku miałam baldachim, jednak nie mogłam nią ruszać za bardzo. Straciłam też szerokie pole widzenia i podgląd na monitory.
Przyszedł lekarz, zapytał o moje ciśnienie, 83/38.

-Nie mogę operować przy takim, proszę podwyższyć.
Anestezjolog miała za moją głową pulpit podłączony do mojej żyły w łokciu, więc podała szybko dopaminę. Ciśnienie wzrosło do 90/50. Lekarz wkroczył do akcji. Pokazali na moją prośbę rozrusznik, jeszcze był w pudełku.
Najpierw zrobił ręcznie rozeznanie w terenie, czyli macając znalazł obojczyk i odpowiednie miejsce. Zdezynfekował całość zimna cieczą na waciku. Potem zaczął znieczulać zastrzykiem, pierwszy bolał, kolejne tylko rozpierały ciało. Czułam jak nacina skórę i wklada palce coraz głębiej. Jak indyk przed Świętem Dziękczynienia. Lekarz mościł miejsce pod pudełko rozrusznika. Mało się do mnie odzywał, jednak z jego rozmów z anestezjolog wiedziałam, co robi.
Włożył w żyłę dwa długie druty i wtedy czułam jego ruchy w swoim sercu. Coś nieprawdopodobnego, praca na żywym ludzkim sercu. Czułam dotyk zewnątrz i wewnątrz.
Potem przez nacięcie włożył pudełko rozrusznika, to było mocno nieprzyjemne. Na chuście przed moimi oczami pojawiły się krople krwi. Przyszła chyba jakaś studentka, czy młoda lekarka, bo zaczął jej tłumaczyć dokładnie, co robi.
Stąd wiem, że nacięcie takie małe, mięśnie tylko odsuniete a nie przecięte i takie rany się lepiej goją.
Potem niemiłe uczucie, serce waliło jak oszalałe, anestezjolog zdjęła mi maseczkę z twarzy, zastępując ją maską z tlenem. Było mi słabo, jednak lekarz uprzedzał o możliwych odczuciach. Podłączał elektrody do rozrusznika. Słyszałam jakieś pukania młotkiem, skrzypienie jak u rzeźnika. Elektroda 53, komora.
Zostałam nafaszerowana jak indyk, lekarz nie był przy tym zbyt delikatny, chyba się odgrywał za mój cięty jęzor w poprzednich tygodniach pobytu na oddziale.
I ostatnia część zabiegu, szycie. Pokazywał młodej lekarce sposób szycia tłuszczu a mnie zaczynało coraz bardziej boleć. Ostatnia warstwa szycia skóry już z moim sykiem- ałąaaaa..
Na koniec lekarz przyłożył do miejsca zabiegu coś na kształt małego żelazka i przy komputerze ustawiał parametry mojego rozrusznika.
Mogłam się rozluźnić, teraz tylko 24 h nieruchomo na wznak z lodowym obciążnikiem.
Przeżyłam i to, ale tylko dzięki pomocy sympatycznej opiekunki Monika, życzliwemu Adam i empatycznym pielęgniarkom.
Oraz mojej rodzinie i bliskim, którzy byli w telefonie zawsze, kiedy tego potrzebowałam. Także Wam, za SMS, wiadomości i telefony wspierające na duszy.
Ogromne dziękuję za odwrócenie złej passy i odwiedziny tu, gdzie ich nie było, dla mojego kochanego Żenia.
Bo tu ani odwiedzin, ani wyjść żadnych nie ma. Paczka na pacjenta raz dziennie max 3kg.
Ale leczą skutecznie ciało i nie grymaszę.
Od czwartku nowa przypadłość- polekowe zapalenie żołądka, który ma już dość lekarstw.
Nie wiem kiedy wyjdę, ale to i tak bez znaczenia. Najbliższy wyjazd do Panamy i Kolumbii niestety mi przepadnie. Muszę się trochę podreperować.

28 °C i słońce- takie połączenie lubię. Cały dzień cieplutko. Zwiedzanie od cienia do cienia.

Roślinności i skwerków w Katanii nie ma za dużo. Za to zabytków, kościołów na jeden metr kwadratowy wiele.
Skusiłam się na cycka Agaty, tradycyjne ciastko sycylijskie. Bardzo słodkie, nie dałam rady zjeść lukrowanej skorupki. Kubek gorzkiej kawy zniwelował słodycz.
Uśmiech i komplementy z ust przystojnego cukiernika, w gratisie.
Spacerkiem po ulicy via Crociferi, wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO trafiłam do kościoła Św. Benedykta. Byłam jedynym zwiedzającym, mogłam w ciszy podziwiać misterne zdobienia sufitu. Na jednym z malowidłeł była Św. Agata podczas tortur.
Przy Piazza Dante i kościele św. Mikołaja, największym na Sycylii, zrobiłam sobie dłuższą przerwę. Miejscowi w najgorętsze godziny dnia też mają siestę.
Wracając do hostelu zaliczyłam ławeczkę na Piazza Stesicoro, gdzie można podziwiać ruiny jednego z najstarszych zabytków w mieście – starożytnego rzymskiego amfiteatru.
Po drugiej stronie ulicy via Etnea stoi dumny pomnik Vincenzo Belliniego.
Po południu Etna odsłoniła swoje oblicze, więc wieczor spędziłam na tarasie hostelowym, nad szklanką pysznej lemoniady chinotto, patrząc jak wyrzuca z wierzchołka białe chmury. Wulkan Etna, to kolejna pozycja z listy światowego dziedzictwa UNESCO, a obszary wkoło są chronione przez znajdujący się tam park regionalny. To również najwyższy i największy stożek wulkaniczny w Europie, a także drugi najbardziej aktywny wulkan na świecie.
W tym roku pokazał już kilka razy swoje groźne oblicze, wyrzucając strumienie ognistej lawy. Dziś tylko dymił.

Katania, to taka perełka wśród odwiedzonych przeze mnie europejskich miast. Ujęła mnie swoim pięknem i klimatem. Była to pierwsza, ale nie ostatnia wizyta w tym ślicznym zakątku Sycylii.

Pięknie tu.
Zaczynając od klimatycznego hostelu w barokowym pałacu, gdzie sufity są pokryte malowidłami z poprzednich epok, poprzez karmiące oczy monumentalne budynki wkoło a kończąc na smakowitościach dla podniebienia. I ci przystojni Włosi pomykający na skuterach 😉
Katania urzekła mnie od pierwszej chwili. Uliczki z płyt wulkanicznych, urokliwe balkony pełne roślin, wiekowe fasady.
Wczoraj ograniczyłam się do krótkich spacerów po okolicy. Posmakowałam czekoladowej granity, lodów beż mleka i sycylijskiej lemoniady z zielonych mandarynek. Na kolację obowiązkowy makaron.
Rano tradycyjne śniadanie, kawa i rogalik na hostelowym balkonie nad deptakiem Via Etnea. Wulkan niestety nadal skrywa się za chmurami.
Dwa kroki od hostelu jest Piazza de Duomo i fontanna z czarnym lawowym słoniem Liotru, symbolem Katanii. Obok katedra św. Agaty, patronki Sycylii, męczennicy, która zginęła z rąk Rzymian broniąc swojej chrześcijańskiej wiary. Torturowali ją wyrywając piersi, które w dość nietypowy sposób przypominają Św. Agatę w postaci… ciastek. Można je zjeść w każdej z licznych sycylijskich kawiarni.
Minnuzze di Sant’Agata, to półokrągłe ciastka zrobione z ricotty i cukru, polane białym lukrem i udekorowane kandyzowaną czereśnią. Do tego włoska kawa i przedpołudnie leniwie w słońcu.
Zdążyłam jeszcze odwiedzić targ rybny mijając fontannę Amenano i podziemną rzekę. Urokliwe miejsca są tu na każdym kroku.

Rybny targ
Pescheria di Catania jest miejscem, gdzie można kupić świeże ryby, owoce morza i zjeść pyszne ostrygi czy małże. Nie odmówiłam sobie oczywiście tej przyjemnosci a sprzedający je starszy pan w ciągu kilkunastu minut powiedział mi z tysiąc komplementów. Miło i smacznie 😉
Wielkie ostrygi z sokiem z limonki po 2 eur, talerz mniejszych 3 eur. Objadłam się jak bąk. Gdybym tu mieszkała na stałe, to ryby i owoce morza byłby moim podstawowym pożywieniem.
Na rynku można kupić także pachnące limonki, cytryny i pomarańcze.

Teraz jest sezon na migdały i owoce kaktusów opuncji. Pełno tu zapachów morza i smaków Sycylii. Słońce prześwitujące wśród czerwonych murów i przekrzykujący sie sprzedawcy dopełniają obrazu, takiego mojego wyobrażenia o wyspie.
Kolejna kawa w przyulicznej kawiarence i mogę zwiedzać dalej.

Grecki teatr

Idąc ulicą Vittorio Emanuele warto zobaczyć za 6 eur teatr grecko rzymski i odeon – jeden z najstarszych zabytków w mieście. Dziwnie usytuowany, otoczony wysokimi budynkami rzymski teatr po części zbudowany z lawy. Niedaleko jest barokowy Kościół Św. Franciszka, gdzie są organy, na których uczył się grać mały Bellini, jeden z najsłynniejszych kompozytorów XIX wieku.
Na dziś wystarczy zwiedzania, deszcz i burza sprowadziły mnie na kanapę w hostelu.

I film z dziś: https://youtu.be/truY0VcPGtU

Kocham podróże!
Latanie samolotem i przygody, jakie mnie spotykają znienacka. Także takie, które sprawiają, że dotarcie z A do punktu C, wcale nie musi przebiegać przez B.

Kocham podróże!
Latanie samolotem i przygody, jakie mnie spotykają znienacka. Także takie, które sprawiają, że dotarcie z A do punktu C, wcale nie musi przebiegać przez B.
Wczoraj po południu banalne dotarcie do hoteliku pod lotniskiem przerodziło się w kilka kilometrów spaceru po leśnych zakamarkach i drogowych barierkach.
W podróżach kieruje się mapami aplikacji maps.me, które rzadko zawodzą. Wczoraj podkusiło mnie skorzystać z rady wygadanego małolata, który mieszka w Kryspinowie od 14 lat i zna mój hotelik. Pewnie nie ten, którego szukałam. Spacer wzdłuż osłon autostrady A4, głuchy las, barierki drogowe, na których zawiesiłam się podwoziem, pagórki w kolejnym lasku, działki i łąka muchomorów. Kiedy już dotarłam okrężną drogą do hoteliku, padłam z wycieńczenia. Taki nieplanowany spacerek 😉
W nocy pobudka, bo lot o świcie. Uber do głównej ulicy, na której wczoraj wysiadłam z miejskiego autobusu, jechał.. 2 minuty. Mi droga okrężna zajęła ponad 2 godziny.
Na lotnisku musiałam się pilnować, aby nie przejść bezwiednie przez bramki security- z rozrusznikiem mi tego nie wolno. Tylko ręczne macanie i gilgotanie wchodzi w grę, fajnie.
Salonik, gdzie śniadanko z kawą na przebudzenie i do samolotu. Lot spokojny, tylko dwie godziny.
Już z daleka, podchodząc do lądowania, widać było wulkan Etna z chmurzastą czapką.
Ciepło, cieplutko, to co uwielbiam w swoich podróżach. Chwila lotu i z pochmurnego Krakowa mam palmy i słońce. Za całe 94 zł bilecik kupiłam.
Mieszkam w hostelu Elefanti, w samym centrum starego miasta. Piękny malowany sufit, balkoniki z widokiem na Etnę, nocleg, śniadanie i makaron na kolację w cenie 93 zł.
Kocham podróże!

Tak, tak, to prawda. Wybrałam się na urlop drogą lądową, nie lotniczą. 2200 km od domu, busem, z ekipą kumelską pojechaliśmy do Albanii. Z przystankami i noclegami po drodze. Pierwszy w Hajduszoboszlo na Węgrzech i cały dzień na basenach. Puszne jedzonko, pikntnie i tłusto. Flaki w wersji bez zupy, mniaaam. No i skwarki, skwarki, wszędzie.
Potem nierówne węgierskie drogi, granica z długim postojem, opuściliśmy Unię. Drogi lepsze, ale kilometry robią swoje, nocka za Belgradem.
Najdłuższy odcinek z Serbii, przez Macedonię i całą Albanię. Zjazd przez góry serpentynami już ciemną nocą. Po 15 godzinnym ostatanim odcinku dojechaliśmy do Ksamil.
Teraz w planie opiekanie z każdej strony, kolorowe drinki, południowe owoce i lenistwo na maksa.

To były szalone dwa tygodnie prawdziwego urlopu. O poranku kawa, potem śniadanie na tarasie, podane z uśmiechem i szczerością.
Cały dzień na plaży, albo zwiedzanie okolicznych atrakcji. Leniwie, powoli i spokojnie. Od czasu do czasu wizyta w sklepie, aby nie wypaść z nałogu zakupholiczki.
Obiad w knajpkach na plaży, owoce morza, ryby i inne mule. Tanio i przesmacznie, aż palce lizać.
Wieczór przy oliwkach, z kocią rodziną i cykadami.
Ciepło, turkusowa woda, pyszne jedzenie a co najważniejsze, fajne towarzystwo.
Słowacja, Węgry, Bośnia i Hercegowina, Serbia, Czarnogóra, Chorwacja, docelowa Albania i Ksamil.
Jedyny minus tej podróży, to bolący po długiej jeździe busem, kręgosłup.

Dzień pierwszy.
Zjadłam o świcie jak złoczyńca po cichu, resztki z podróży, czyli bułkę z mielonką i pozostałe orzechy brazylijskie. Śniadanie, to sok z pokrzywy, selera i jarmużu. Sałatka z warzyw, czyli kapusta, pomidory, cebula, papryka, rzodkiewka, koperek. Wyjadłam rzodkiewki, bo reszty nie lubię. Zupa z kwaszonych buraków, dobra. Na ciepło też gotowane brokuły i marchewka. Wciągnęłam ze smakiem swoją porcję i jeszcze dwóch sąsiadek. Na deser gorąca woda zalana na susz z pokrzyw.
Obok po prawej siedzi starsza pani, co już 20 raz jest na takich wczasach, nadal gruba jak jak. Ale sprytna i oblatana, wszystko mi tłumaczy. Podobno zna samą guru, czyli dr Ewę Dąbrowską. Po lewej długowłosy siwy pan, który jest na innej diecie. Jego posiłek, to tylko świeżo wyciskane soki, trzy duże szklanki i nic więcej. Tak przez dwa tygodnie. Celem jest zrzucenie wagi z 75 na 70 kg.
Sąsiadka z prawej wymieniała z sąsiadem po lewej przez cały obiad poglądy na temat wyższości masażu mechanicznego nad ręcznym. Widać, że się znają na sprawie.
Ambicji na spacer po śniadaniu starczyło tylko na wyjście do ogrodu. Rewolucja w jelitach tak pogoniła, że dystans do toalety na 3 piętrze pokonałam bez zatrzymywania, jak było do tej pory. Zimno mi, więc pod kołdrę do łóżka.
A potem przyszła senność, której nawet odcinek Królowych Życia nie pokonał. Zasnęłam tak mocno, że o mało nie zaspałam na obiad.
Jeść wcale mi się nie chciało, ale trzeba trzymać ramy.
Na obiad dziś kompot owocowy, dwie surowki, zupa z kiszonej kapusty i zapiekany wielki pomidor na danie drugie. Po posiłku herbata z pokrzywy i dzikiej róży, oczywiście bez cukru. I czas na kontakty towarzyskie. Większość jest tu po raz kolejny, lub bywała na podobnych wczasach w innych ośrodkach. Czuję się przy nich zielona jak szczypiorek na wiosnę. Może dlatego, że na wczasach odchudzających jestem po raz pierwszy.
Miałam się z sąsiadką wybrać na spacer z kijkami, ale muszę pilnie i niezmiennie pilnować toalety.

Dzień drugi.
Spałam prawie 10 godzin i nadal z chęcią bym w łóżku została. Trzeba jednak na śniadanie. Niby nie jestem głodna, ale coś by się zjadło. Dziennie dostajemy 400-800 kalorii, więc całe nic. Normalna dieta, to około 2 tyś kalorii. Tu brak białka, tluszczu i węglowodanów, same warzywa i niektóre owoce.
Nauczyłam się już dbać o swoje, czyli zgarniać od razu na talerz przypisaną porcję z półmiska. Sąsiadka z prawej jest taka czujna, że nawet sok pozostały z surówek wypija z półmiska.
Pogoda paskudna, zimno i deszcz, z gimnastyki porannej nici. Zresztą nadal pilnuję toalety. U mnie jakoś to nie ma przebiegu dramatycznego, rewolucja, skurcz i szybko toaleta. Sąsiadka z drugiego stołu niestety musiała wymienić pościel, uprać dywanik i ubrania, tak bezwiednie poszło.
Rano pomiar glukozy we krwi, badanie ciśnienia i waga. Cukier w normie, ciśnienia się nie dało zmierzyć, bo mam za grube ramię. Waga niższa od wczoraj o 1,5 kg. Potem zamiast wyjścia na poranny spacer z kijkami gimnastyka na sali fitness. Na razie się przyglądam, strasznie szybko mchają rękami i nogami. No ale większość to chudzielce.
Na śniadanie przepyszny sok z buraka i kiszonych ogórków. Dwie surówki, to krojone ogórki kiszone z papryką oraz pomidory z cebulą. Zupa z buraków, bardzo esencjonalna. Na drugie danie gotowane brokuły, kalafiory i marchewka. Na deser pół kwaśnego grapefruita.
Nie minęło pół godziny i sprint do wc. Potem znów łóżko, zimno i zasnęłam. Przespałam kolejne ćwiczenia o 10.30. Ocknęłam się dopiero na planowy masaż w gabinecie fizykoterapii. Coś wspaniałego, uwielbiam masowanie stóp.
Nadal leje deszcz, gorąca woda zalana na suszone pokrzywy trochę rozgrzała przed posiłkiem.
Wcinanie obiadowych surówek przerwały krzyki z sąsiedniego stolika, zemdlał jeden z panów. Oczy miał nie z tego świata a ciało takie wiotkie. Wyniesli go wpół, ciągnąc bezwładne nogi po podłodze. Dobrze, że jest na miejscu lekarz a i jedna z kuracjuszek jest lekarka. Nie wezwali pogotowia, dziwne. Po tym zajściu sąsiadka z prawej powiedziała, że podobnie zemdlał jej mąż. Podobno upadając w pokoju uderzył się w głowę. Do tej pory jest nieprzytomny i leży w szpitalu w Gdańsku. Nie wiem, kiedy to było, dziwna sąsiadka. Jakiś cień padł na te moje wczasy, nie jest tak różowo.
Zasnęłam po obiedzie, standard. Tylko spałam krótko i przebudzenie energicznie. Za oknem wreszcie słońce i niebieskie niebo.
W ciągu dziesięciu minut już byłam na dole ucząc się odpychania kijkami. Lewa noga, prawa ręka. Prawa ręka, lewa noga, załapałam i jak wystrzeliłam, to szybkim krokiem doszłam na drugi koniec wioski. U mnie takie tempo zupełnie niespotykane ostatnio, aż sama sobą jestem zaskoczona. Nikt nigdy mi nie pokazywał, jak należy chodzić z kijami. Pamiętałam z rozmów z Jacek , aby ciężar przenosić na barki i ukośnie stawiać kijki. Brakuje mi tu wsparcia nawet w takiej prostej czynności, jak chodzenie z patykami przyczepionymi do nadgarstków.
Na końcu wioski molo i rybackie łodzie. Kolorowe chorągiewki furkotały na wietrze, blustrada drewnianego molo cała obwieszona kotwicami i kolorowymi sznurami. Widać tu rano rybacy przypływają z połowu, bo pełno też skrzyń i wkoło intensywny zapach ryb.
Po drodze na molo miałam niezłe pokusy, smażalnię ryb i sklepik spożywczy.
Dla sprawdzenia duszy wystąpiłam do sklepu, ale prawdę mówiąc, nie miałam ochoty na nic zakazanego. Kupiłam brzoskwinię, jabłko i ogórka. Kolacja jest o 17.30 a śniadanie dopiero o 9, żołądek chce paliwa.
Na ławeczce nad morzem spotkałam jedną z sąsiadek z drugiego stołu, jest tu po raz …dziewiąty. Drugi raz w tym roku. Żeby nie było za słodko i w klimacie dnia dzisiejszego, opowiedziała jak to ostatnio zakończyła swój pobyt. Wyjazdem karetką i pobytem w szpitalu. Zaczynam się bać!

Dzień trzeci.
Przyjeżdżając tu, nie wiedziałam prawie nic o diecie dr Dąbrowskiej. Na wczasy odchudzające zdecydowałam się w ciągu godziny. Teraz troszkę poznaję zasady, ale do końca nie ufam, bo jak szeptem przekazała mi wszystkowiedząca sąsiadka z prawej, autorce diety odebrano prawo do wykonywania zawodu lekarza. Muszę poczytać, bo za bezpiecznie się z tymi informacjami nie czuję.
Na ciele za to zdecydowanie lepiej. Minęła mi senność, pozostały tylko szybkie i kolorowe wizyty w toalecie. Dlatego nie oddalam się profilaktycznie zbyt daleko od ośrodka. A dziś po śniadaniu (sok wyciskany, dwie surówki, zaparzony gęsty sok z kwaszonych buraków jako zupa i gołąbek z warzywnym nadzieniem oraz kiwi na deser) zaległam jak foka na leżaku w ogrodzie. Na ten sam pomysł wpadło kilka moich współkuracjuszek. Z tym, że one wzięły udział dwa razy w gimnastyce na trawie. Zebrałam się raz zobaczyć ich wysiłki, skuszona glośną i skoczną muzyką.
Tylko po kilku spojrzeniach wiedziałam, że to dyscyplina nie dla mnie. Ćwiczyły z szerokimi szarfami- gumami. Rozciągały je nogami w rytm poleceń instruktorki. Problem w tym, że taka guma to mi wejdzie, ale na jedną nogę. Drugiego tłustego kopytka już bym w nią nie wcisnęła. Zniesmaczona obwodem gum i swoich ud wróciłam na leżak.
Potem jak i wczoraj odprężający masaż stóp. I po godzinie powrót na leżak. A dziewczyny po przerwie znów machały kończynami na trawie. Mają zacięcie!
Obiad tradycyjnie, kompot, surówki, niby zupa i wielka faszerowana papryka. Nauczona koniecznością zaborczej sasiadki od razu wkładam swoją porcję z półmiska. Góra zieleniny, którą jem następne pół godziny. Wstając od stołu jestem pełna jak bąk. Kilka minunt, toaleta i nie ma śladu obiadu a po godzinie już burczy w brzuchu.
Nie chcąc skusić się na zakazane jedzenie kupiłam na spacerze kilka ogórków kiszonych, jabłka i nektarynkę. Zapasy na zbliżający się długi weekend i wieczorne oglądanie telewizji. W której tak na marginesie dają same zakazane reklamy!
Pizza, kanapki z serem, majonez do szaszłyków i batony lion.

Dzień czwarty.
Wczorajszy wieczór spędziłam na rozmowach ze współkuracjuszkami. Cztery prawniczki i lekarka, każda z nich ma doświadczenie w dietach, odchudzaniu i zdrowym odżywianiu. Żadna nie jest gruba, ani nawet krągła. Sporo ciekawostek mi podały, dużo więcej niż właściciele ośrodka. Ze swojej strony podzieliłam się z nimi moimi doświadczeniami z podróży. Taka fajna wzajemna wymiana informacji.
Rano ważenie i na wyświetlaczu 4 kilogramy mniej. Chyba nieźle mi idzie. Zmartwiłam się tylko trzema pestkami nektarynki, które po przebudzeniu zauważyłam na szafce obok łóżka. Jestem sama w pokoju, drzwi zamknięte od wewnątrz a zupełnie nie pamiętam momentu zjedzenia tych owoców. Jako dziecko podobno dożywiałam się we śnie, może ten zwyczaj wrócił. Muszę zacząć myć owoce od razu po przyniesieniu do pokoju, jak już jem przez sen, to chociaż czyste.
Śniadanie przecier ze świeżych buraków z wodą z kiszonych ogórków na wstępie- mój ukubiony. Potem tradycyjnie dwie różne surówki i niby zupa z buraków. Na drugie danie plaster gotowanej na parze kapusty. Takie proste a coś przepysznego.
Między posiłkami miałam zaplanowany masaż głęboki kręgosłupa. Znów pełen relaks i odprężenie. Może poza bolącym etapem masowania bańką chińską moich tłuściutkich boków.
Po obiedzie nie zostałam na pogadankę tylko od razu wystrzeliłam na przystanek autobusowy i do pobliskiego Kosakowa na zakupy. Wioskowy sklepik w Rewie ma mały wybór dozwolonych na diecie produktów a i przyjechałam nd morze bez żadnych kosmetyków na słońce. Prognozy nie zapowiadały słońca a tu po wczorajszym leżeniu trzeba nawilżyć skórę.
Cieszę się, że nie skusiłam się na słodycze, ciasta czy inne pokusy. Prawdę mówiąc, nie mam na nie wcale ochoty! Zadziwiające i dające nadzieję.

Dzień piąty.
Robię się wybredna i gmeram na talerzu, odsuwając kawałki warzyw, których nie lubię. Muszę przy tym być odporna na krytykę i wymowne spojrzenia sąsiadki z prawej. Ona je wszystko jak leci, nie wybrzydza. Nie lubię kapuśniaku czy selera naciowego, które to często pojawiają się w posiłkach. Nie wspominam o truskawkach. One wywołują pewnego rodzaju obrzydzenie, wstręt, szczególnie kiedy obserwuję zajadającą się nimi osobę. Truskawek surowych nigdy nie lubiłam, podobno nawet jestem na nie uczulona. Nie jedząc wszystkiego zaczynam być między posiłkami głodna. Dziś ze śniadania wzięłam talerz gotowanych brokułów, skutecznie zahamowały głód do obiadu.
Żeby nie myśleć o jedzeniu postanowiłam stawić czoła jednej z kilku bieżni na sali do fitnessu. Wybrałam oczywiście taką z największym udźwigiem, żeby nie zepsuć maszyny.
Pierwszy w życiu kontakt był nieudany. Ktoś przede mną chyba biegał, kiedy włączyłam bieżnię ta ruszyła takim tempem, że wylądowałam na kolanach daleko z tyłu. Jak w kreskówkach dla dzieci, na wesoło. Nie dałam za wygraną i po 20 minutach dopracowałam szczegóły. Przeszłam kilometr i spaliłam ponad 150 kalorii. To fajna zabawa. Nie trzeba patrzeć pod nogi, żeby się nie potknąć jakna zwykłym spacerze. Nie ma strachu, że zabraknie sił na powrót. Sama reguluję dystans, tempo i mogę kontrolować puls.
Zachęcona sukcesem pierwszego kilometra, po obiedzie machnęłam w 45 minut następne 3 km. Włączyłam swoją ulubioną latynoską muzykę i łapałam chodzeniem rytm. Tym razem, aż się spociłam a kiedy wchodziłam po schodach do pokoju, miałam dziwne wrażenie, że stopnie się poruszają.
Nie będę na pierwszy dzień się forsować, zapoznawczo chyba nieźle mi ten kontakt z chodzeniem w miejscu wypadł.
Za oknem nadal mżawka i chłodno.
Na kolację same ulubione. Krem z białych warzyw i pieczone jabłka z cebulą. Zjadłam chyba ze dwie porcje! Na deser ogórki z rzodkiewką i surówka z kapusty pekińskiej z rabarbarem, imbirem, jabłkiem i melonem.

Dzień szósty.
Ciągłe jedzenie tylko warzyw i małej ilości owoców powoduje wieczne rewolucje w przewodzie pokarmowym. Podobno tak mój organizm oczyszcza się z toksyn. Dołożyłam przed każdym posiłkiem szklankę ciepłej wody z cytryną i świeżym imbirem. Jednak mimo całej otoczki i euforii moich współkuracjuszy, chodzę głodna. Już godzinę po posiłku czuję ssanie w żołądku. Ratuję się jabłkiem lub warzywami przyniesionymi ze stołówki. Może dlatego, że nie jem wszystkiego, mam swoje ulubione, jestem wybredna.
Pogoda od wczoraj mglista i wilgotna, zimny wiatr. Na dziś zaplanowałam oswajanie rowerka stacjonarnego w sali fitness. Pierwsze podejście, to przejechane bite 8 km. Potem jeszcze na dokładkę kilometr spacerem po bieżni. Po schodach do pokoju wchodziłam na drżących nogach. Dobrze, że zaplanowany mam na później masaż nóg, bolące kolana dostaną swoją porcję relaksu.
Po obiedzie wybrałam się do pobliskich Mechelinek. Ładny widok z molo, akurat dwudniowa mgła zaczęła się cofać i wyszło piękne słońce. Od razu świat zrobił się piękniejszy i cieplejszy.
Wróciłam skrótami, które okazały się dłuższe, przez Mechelińskie Łąki.
Padam na twarz ze zmęczenia a tu jeszcze zaplanowany rowerek.
Na zakończenie dnia jeszcze 8 km na rowerku, muszę się nauczyć poprawnego ułożenia stóp na pedałach, bo bolą.

Dzień siódmy.
Gdzie jest słońce i ciepło? Tu gęste chmury, chłodno cały dzień, tylko 17 stopni. Kto dzwoni, narzeka na upał a ja marznę. Czas między posiłkami spędziłam w łóżku, owonięta kołdrą po uszy, zimno.
Ponury nastrój za oknem udzielił się i duszy. Mam dość kwaśnych warzyw i zieleniny. Chce mi się normalnego jedzenia, jajek, nabiału i mięsa. Nie tęsknię natomiast za chlebem.
Dziś mija tydzień, jak jestem na diecie warzywno- owocowej dr Dąbrowskiej na wczasach odchudzających w nadmorskiej Rewie. Zmieniła się po obiedzie ekipa, zostało nas tylko kilka osób, reszta nowi kuracjusze. Tak jakoś źle mi.

Dzień ósmy.
Od drugiej w nocy dopadł mnie armagedon. Najpierw obudził mocny ból gardła, nie zmrużyłam już oka do rana. Potem przyszła wysoka gorączka. Ledwo zeszłam na śniadanie. Podjęłam decyzję, że kończę dietę i przechodzę na niskokaloryczną 1200 kcal.
Na śniadanie mało co zjadłam, ból gardła poraża. Zbadał mnie niby lekarz, student 6 roku, wnuczek właścicieli ośrodka, który co niedziela robi nam pomiary. Zawalone migdałki, taką wydał diagnozę. Później było już tylko gorzej.
Odezwał się kręgosłup, korzonki, bolała mnie skóra, głowa się rozrywała na strzępy. Nie zeszłam na obiad, nie miałam siły. Włączyły się majaki, kiedy do mojego pokoju zajrzały zaniepokojone współkuracjuszki. Jedna z nich miała czarną długą sukienkę, myślałam, że przyszła na mój pogrzeb. Na zmianę ibuprom, ferwex i żadnej poprawy.
Kiedy udało mi się zejść na kolację właściciel ośrodka stwierdził, że to kryzys ozdrowieńczy i powinnam zjeść czosnku. Oraz absolutnie nie rezygnować z diety. Takim szarlataństwem mi to śmierdzi. Jedna z dziewczyn, która wczoraj zakończyła turnus ma anginę, pewnie mnie też to choróbsko dopadło.
Problem w tym, że w wiosce, jaką jest Rewa, nie ma lekarza, apteki a do Gdyni i pogotowia nie dojadę autobusem, nie mam tyle siły.
Może dotrwam do jutra.

⁸Dzień dziewiąty.
Straszna noc, wysoka gorączka mimo zbijania ibupromem, co kilka godzin. Ból gardła się zwiększył. Uruchomiłam jedno z kół ratunkowych, znajomego lekarza, co zawsze mnie z opresji wyprowadza. Już przed siódmą miałam e-receptę, którą pojechałam autobusem zrealizować do Kosakowa. Bałam się, żeby nie przewrócić się, takie co chwilę mam zawroty głowy. Gorączka cały czas wysoka. Szyja i dół twarzy mam opuchnięty i bolesny.
Spięłam się i za pół godziny wzięłam antybiotyk.
Cały dzień w łóżku, mam taką senność, że oczy się same zamykają, nie mogę tego opanować. Strasznie się czuję. Do tego nie chce mi się jeść, na siłę wpycham jakieś drobiny.
Gardło ma już kolor porzeczkowych lodów z białą polewą. Nie mam siły.
Pogoda za oknem też paskudna, chmury, deszcz i zimny wiatr. Chociaż nie żal mi, że tracę słońce.

Dzień dziesiąty.
Wraca mi chyba zdrowie, pod postacią mokrej od potu pościeli. Od poprzedniego wieczora bardzo się pocę, ale goraczka spadła. Boli nadal gardło i obrzęknięta szyja. Jedak jest lepiej, chyba będę żyła.
Ostatni tydzień siedzę przy drugim stoliku, z dziewczynami, które zostały jak i ja dłużej. Od niedzieli przeszłam na dietę makrobiotyczną, 1200 kcal. Dostaję na posiłki mięso i jaja oraz nabiał. Nie przeszkadzało im to do tej pory. Aż tu dziś rano na śniadaniu nakryte miałam w innej sali, sama. Zmiana miała być spowodowana uciążliwymi zapachami. O czym przepraszającym tonem powiedziała mi kelnerka. Dziwne, zbiegło się to z porannym atakiem kaszlu, który zapewne słyszała mieszkająca obok i siedząca też, współkuracjuszka.
Kiedy podeszłam do ich stolika z pytaniem, czemu wyeksmitowały mnie od siebie, czy dlatego że jestem chora, zaczęły wszystkie zachowywać się, jakbym była upierdliwą muchą. Jednej się wymsknęło: ja mam 91 letnią babcię i chciałabym, aby jeszcze pożyła.
Zachowanie, pokłosie paniki koronawirusowej, zmieniające standardy zachowań ludzkich.
Poczułam się odrzucona, taka naznaczona.
Stygmatyzm.

Dzień nie wiem który.
Choroba mija, gorączki nie mam, poty ustały, boli tylko opuchnieta szyja i dolna część twarzy. Brak natomiast siły i energii.
Do południa poleżałam na słońcu a potem na owocowe zakupy. Wycyrklowałam idealnie, bo lichutkie i tak słońce ukryła gęsta i zimna mgła od zatoki. Momentalnie zrobiło się wietrzenie i nieprzyjemnie.
Z zakupów wróciłam z brzoskwiniami i… kilkoma nożami. Idealnie pasują na pamiątkę z podróży nad morze. Takie śliczne, całe czarne, były w promocji. Kupiłam kilka talerzyków, miseczek i obieraczkę, do kompletu. I znów problem, w każdej podróży, jak się spakuję na powrót do tej małej walizeczki.
Zapisałam się na kolejny turnus wczasów odchudzających, jak ktoś chętny na moje towarzystwo, na termin wczesnej jesieni, to pytać.
A, pochwalę się. Nadal nie mam ochoty na słodycze i obojętnie przechodzę obok stoisk ze słodkościami.

Dzień ostatni.
Piękne słońce i upał w postaci 21 kresek na termometrze, skłoniły mnie do zmiany planów. Miałam jechać nad pełne morze, ale to cała wyprawa kilkugodzinna i szkoda spędzić czas w pociągach i autobusach, kiedy wreszcie jest słońce.
Od śniadania do obiadu i potem prawie do kolacji na leżaku, uwielbiam ciepło.
Po obiedzie zaoferowałam swoją pomoc jednej ze współkuracjuszek, starszej pani o ograniczonej mobilności. Jest już prawie tydzień a nie wybrała się nad pobliskie morze. To z ośrodka jakieś 300 metrów ładnym chodnikiem. Była bardzo ucieszona nie tyle z morza, co z możliwości wygadania się.
Siedziałyśmy patrząc się na przemykających przed nami po wodzie windsurferów i śmigających na kitach. Mało ludzi na plaży, ale nie brakowało osób kąpiących się morzu. Prawdziwy wyczyn, mi w ubraniu było zimno od lodowatego wiatru.
Wzięłam leżak, żeby chociaż raz poleżeć na plaży. I ten leżak na koniec mnie pokonał. Kiedy wstawałam, gumowa rączka pod wpływem moich rąk w oliwce kokosowej Kolastyny, ześlizgnęła się z impetem. Zakończenie rury bez gumowej osłonki wbiło się w ramię. I oczywiście zaliczyłam twarzą piasek plażowy, miękki i ciepły.
Krew leciała jak z zabijanego prosiaka, bo biorę leki hamujące krzepliwość krwi. Upaprałam się cała koncertowo. Po umyciu na szczęście rana okazała się nieduża. W przeciwieństwie do siniaka, który się zrobił.
Mam teraz wiec do kompletu noży, jako pamiątek z podróży, piękną dekorację na ramieniu.
Kto się łamagą urodził, kanarkiem nie umrze!

Podsumowanie.
Kilka słów na zakończenie moich pierwszych w życiu wczasów odchudzających. Było warto! Mniej o 6 kg.
Patrząc na minione dwa tygodnie, to był świetny pomysł i doświadczenie. Z jednej strony kulinarne, bo w większości potrawy były bardzo smaczne. Z drugiej, obserwacja własnego ciała i jego reakcji na dietę.
Pierwszy tydzień, to lecznicza głodówka, czyli dieta dr Dąbrowskiej. Trzy posiłki i od 400 do 800 kalorii dziennie. Drugi, dieta makrobiotyczna 1200 kcal. W pierwszej dużo surówek i nacisk na warzywa. W drugiej małe porcje. Głodna byłam w pierwszym tygodniu, ten drugi syty, spokojnie mogłabym obciąć składniki o połowę.
Niespodziewanie, w drugim tygodniu miałam zerowe zainteresowanie słodyczami i cukrem, bez którego przed wczasami, ciężko było mi funkcjonować.
Całość spina odejście od słodzenia, picia gorącej, czarnej herbaty, na rzecz ciepłej wody z cytryną. Przyjeżdżając tu miałam nadzieję, na poznanie i zrozumienie właściwych nawyków żywieniowych. Nie rozumiem ich nadal do końca, ale jako tako orientuję się jak zdrowo jeść.
Zawiedziona jestem trochę tym, że nie znam receptury wielu pyszności, które tu jadłam. Kucharz nie chciał zdradzić sekretu przygotowania swoich specjałów. W odwecie kupiłam na allegro dwie książki Dąbrowskiej, może znajdę w nich przepis na prażoną kapustę, pieczone jabłko czy zupę kapuścianą. Może to kwestia przypraw a może wyostrzenia się kubków smakowych.
Zaskakująca była także moja aktywność na bieżni i rowerku stacjonarnym, przystępność i zadowolenie z siebie po przejściu pierwszych kilometrów. U siebie siłownię mam blisko, czas też się znajdzie.
Generalnie, dużo z tych dwóch tygodni na plus. O minusach pisałam na bieżąco, prawie zapomniałam, widać plusów więcej.
Mam nadzieję i zapał. Z chęcią przyjadę do Rewy we wrześniu, jak zaplanowałam.

Urlop i pierwszy wyjazd od marcowego powrotu z Indiu dobiegł końca. Nie pisałam codziennych prześcieradeł(by Żenia Klimakin), bo wypad do Grecji był typowo prywatny, z przyjaciółmi. Naszym celem wypoczynkowym była jedna z wysp Cyklad- Paros. Plany początkowo były inne, ale zmiany lotów narzucone nam przez linię lotniczą sprawiły, że z planu wypadła wyspa Naksos.
Z lotniska w Atenach od razu do Pireusu na 4 godzinny nocny prom. Ponad tydzień spędziliśmy naszą wesołą siódemką na wylegiwaniu się na plażach. Kilka osób zdecydowało się także na jednodniowy wypad na sasiednią Mykonos, znaną z wizyt celebrytów, wiatraków i wysokich cen.
Reszta pobytu, to relaks całodniowy, wieczorne wyjścia do ulubionej tawerny na kolacje i smakowanie greckich specjałów i napitków.
U mnie jak zwykle wesoło. Jednego dnia zestaw zdarzeń, typowych dla ciamajdy. Siadając tyłem na wielkie dmuchane koło, tak fiknęłam niespodziewanie koziołka do tyłu, że pod wodą jeszcze zdążyłam uderzyć się głową w kamienie, zedrzeć skórę na kolanach do krwii i wynurzyć się z wody, z typową dla mnie gracją, oszołomiona na maksa. Oczywiście widzowie na brzegu mieli niezłe widoki, rodem z programu Śmiechu warte. I temat do radości na następnych kilkanaście godzin. Godzinę wcześniej też niefortunnie ześlizgując się ze wspomnianą już wrodzoną gracją z owego dmuchanego koła, zaliczyłam podwodne zwiedzanie dna. Opiłam się tego dnia słonej wody za wszystkie czasy.
Po powrocie dziennym rejsem z Paros do Aten nietypowa pogoda w środku lata- deszcz i chłodno. Idealnie na zwiedzanie zabytków.
Ostatnie zakupy na ateńskim lotnisku, lot i znów trzeba żyć w zwykłej codzienności, marząc o kolejnej podróży.

26 sierpnia 2019 r. wieczorem za Tęczowy Most odszedł mój Przyjaciel Bej. To on jedyny się szczerze cieszył, kiedy wracałam do domu, tęsknił i czekał, wiecznie spragniony drapania za uchem i przytulania. Spokojny, dystyngowany i kochający. Emocje i uczucia okazywał tylko jak był w domu, na spacerze stoicki spokój.
Niestety kilka tygodni temu zachorował: kwasica ketonowa, zapalenie trzustki, cukrzyca i niewydolność wątroby, która go pokonała. Od blisko dwóch tygodni o jego życie walczyli wszystkimi dostępnymi w weterynarii środkami lekarze w Klinice Braci Mniejszych w Konstatynowie Łódzkim. Wczoraj Bej się poddał, wątroba przestała pracować. Odszedł bez bólu. Zasypiał patrząc mi się w oczy, spokojnie, leżąc przy mnie i słuchając mojego głosu.


Przepraszam.


Dziękuję Bejuś.