Chatka Claude mimo że prosta, to przemyślana, funkcjonalna i czyściutka. Gospodarz małomòwny, do wielu spraw podchodzi na luzie. Obcując właśnie z takimi osobami utwierdzam się w przekonaniu, że do szczęścia nie jest nam potrzebne wiele a my otaczamy się wszystkim i tracimy chyba sens życia.


[more]

Od wielu lat ubieram się w second handach, nie mam auta, nie zależy mi na nowych meblach, sprzętach a wszystkie możliwe pieniądze wydaję na podróże. Żyję nimi, są moją siłą i inspiracją do planów na przyszłość.

Na starość, mam nadzieję znaleźć, jak Claude, swój Pacanów. Wystarczy mi taka chatka, plaża i wieczne słońce.

No i dostęp do neta, z luksusów. Jeśli dożyję tej starości, oczywiście :-)) mniemam, że prowadząc tak intensywny tryb życia, mogę jej nie doczekać.

Tak jak dziś nad ranem, kiedy obudził mnie deszcz uderzający o drewniany dach. Kiedy otworzyłam oczy mało nie zeszłam ze strachu z tego świata. Na wprost mojego nosa na poduszce siedział wielki karaluch. Siedział i się na mnie gapił!

Podskoczyłam jak opatrzona, zaplątałam w moskitierę machając łapami i z hukiem spadłam na podłogę. Strach ma wielkie oczy, wiem, ale ten gość miał z 15 centymetrów! Już nie zasnęłam, Claude też się za ścianą obudził. Mam nadzieję, że nie rozumie polskiego języka 😉 poranna dawka adrenaliny wystarczyła na cały dzień, znów chodziłam jak nakręcona.

Na przystanek, busikiem do Grand Bourg na prom o 6 i po godzinie bujania na boki w Pointe a Pitre. Tam z godzinę czekałam na autobus na lotnisko, który nie przyjechał.

Zmuszona byłam wziąć taxi, bo zostało kilkanaście minut do zamknięcia check in. Kosztowało mnie to 25 USD, ale jak trzeba, to nie ma co skąpić. Na lotnisku bez problemów, znów lot Air Antilles małym ATR i połowa miejsc wolna. Przelatywałam obok wyspy oznaczonej na mapie jako Koniec Świata.

Ciekawe miejsce, do odwiedzenia.