Wcześnie rano autobusem do Ramallah, zapowiadał się gorący dzień. Miałam już swoją dobrą miejscówkę do obserwowania pola potyczek żołnierzy izraelskich z Palestyńczykami.

Nawet kawa nie była dziś potrzebna do pobudzenia.
Przed południem zaczęło się. Najpierw młodzież palestyńska zaczęła układać z kamieni barykadę na ulicy, potem przyturlali wielkie opony, które podpalili. Cały czas rzucali kamieniami, w stojących w oddali żołnierzy. Potem pojawiły się w rękach Palestyńczyków zdjęcia Trumpa i prezydenta Izraela. Spalili je w ogniu palących się opon.
Dziś było wielu reporterów z całego świata, którzy bardzo ochoczo fotografowali takie sytuacje.

Często był problem, bo wchodziliśmy sobie w kadr. Potem doszłam do wniosku, że są oni dobrym motywem na zdjęciach, łapałam nie tylko walczące strony.
W kilku momentach czułam się jak na planie jakiegoś programu z celebrytami, Palestyńczycy pozowali na tle czarnego dymu, z procami, w buńczucznych pozach. To chyba osłabiło wtedy ich czujność, nagle z dymu obok wyłonili się niepostrzeżenie izraelscy żołnierze, strzelając z bliska.
Zaczęliśmy uciekać wszyscy w popłochu. Przez pole, na którym pełno było pozostałości po poprzednich starciach. Biegnięcie w pochyleniu, ze sprzętem na szyji, bez oglądania się za siebie. Generalnie nie jest to moja ulubiona czy częsta forma poruszania się, więc zdyszałam się jak lokomotywa.
Żołnierze tym razem podeszli pod samą stację benzynową, strzelając z granatników z gazem.

Łuski od granatów z głuchym dźwiękiem toczyły się po ulicy. Co chwilę spadały na żołnierzy kamienie. Byli dobrze zabezpieczeni, kaski, maski od gazu, kamizelki i ochraniacze. Tak samo jak reporterzy.
Palestyńczycy mieli tylko proce, chusty obowiązane wkoło twarzy i kamienie.

W czasie ataku żołnierzy, na ulicę wyjeżdżał ciężki pancerny sprzęt, który usuwał barykady z kamieni, palące się resztki opon. Potem powoli żołnierze się wycofywali, ciągle strzelając gazem.
Kiedy wrócili na swoje pozycje, było kilka kwadransów spokoju. Można było wypić kawę w zaprzyjaźnionej kawiarni nad stacją benzynową, umyć osmolone ręce i buzię. Oczy piekły od gazu, pomagała na to woda.
Takie ataki i ucieczki zaliczyłam dwie. Dziś karetki nie miały na szczęście wielu rannych jak wczoraj.

Kiedy słońce zaczynało zachodzić, czas było wracać do Jerozolimy. Wieczorem pakowanie, ostatnie zdjęcia z sympatycznym właścicielem hotelu Mustafą i szybka impreza z Zygmuntem, który w nocy przyleciał z Polski. Jak pisałam wczoraj, dziwna ta ich wojna jest.

Nierówna.

Chyba nie przez wszystkich Palestyńczyków traktowana jednakowo. Mimo potyczek młodych z wojskiem, zagrożenia, ulicami obok cały czas jeździły auta.

Nawet w trakcie ataku potrafiły wyjeżdżać między walczących. Niektórzy kierowcy chcąc przejechać przez barykadę, rozwalali kamienie i nie bacząc na ryzyko uszkodzenia samochodu, jechali dalej.
Wielkim zdziwieniem dla mnie było też nagrywanie teledysku z muzyką i rapowaniem, kiedy kilkadziesiąt metrów dalej toczyła się walka.

Raper przyjechał ze swoją ekipą kilkoma autami, rozstawili sprzęt, puścili muzykę, nagrali piosenkę i odjechali.
Pewną przyjemność sprawiało mi obserwowanie pracy reporterów, tutejszej prasy, telewizji, jak i tych obcojęzycznych. Po pierwsze sprzęt, o którym mogę pomarzyć. Po drugie wyposażenie w elementy ochrony, takie jak kamizelki kuloodporne, hełmy, maski gazowe. To jest poza moim zasięgiem, bo jak wytłumaczę się na lotnisku przy kontroli, kiedy znajdą w moim bagażu te przedmioty.
Ostatnia, najważniejsza sprawa, odwaga, determinacja w zdobyciu jak najlepszego ujęcia.

Włazili między wódkę a zakąskę, nie patrząc na to, że ich zachowanie odciąga uwagę walczących i sprawia, że ci zaczynają pozować i udawać.

15.12.2017