Blisko trzy tygodnie podróży po Polsce z moim wnukiem, to super czas.

Mądre, złote dziecko, które ma ogromną ciekawość świata, łatwość nawiązywania kontaktów i potencjał na podróżnika. Ponad 2 tysiace kilometrów komunikacją publiczną, głównie pociągami różnej szybkości. Od zwykłych elektryczniaków, po szybkie pendolino. Dla małego były to pierwsze w życiu podróże pociągami. Najpierw dwa dni u mnie a potem wybraliśmy się do Ustki.
Początek trochę niepokojący, bo 10 godzin spędziliśmy na twardych krzesełkach w pogotowiu w Słupsku (zapomniałam o rozruszniku i machnęłam walizkę na półkę w pociągu), sprawdzanie czy się elektrody nie oderwały. Mały był cały czas ze mną, wróciliśmy do ośrodka nad ranem, niezła pierwsza nocka nad morzem.
W Ustce istne szaleństwo. Wszystko, by młody miał fajne wakacje i 9 urodziny. Fokarium, statek piracki, gdzie ja miałam chorobę morska a młody świetną zabawę, gokarty, meleksy, niezliczone ilości lodów, gofrow i kukurydzy. Dopingowało mnie jego towarzystwo do większej niż zazwyczaj aktywności. Będąc towarzyszem takiego podlotka, nie ma czasu na poobiednią drzemkę czy leniwy poranek.

Pogodę mieliśmy w kratkę, ale to nie przeszkadzało w zabawie. Nawet sobie o kilka dni przedłużyliśmy pobyt. Jak padało, to spędzaliśmy fajny czas w aquaparku.
Powrót do domu na dzień i od razu kolejna podróż- na Śląsk do kumpla. Tam 3 godzinny spacer 320 metrów pod ziemią w kopalni węgla kamiennego, planetarium, pierwszy przejazd młodego gondola, tramwajem i… samolotem.

Z Katowic do Warszawy zrobiłam mu niespodziankę i polecieliśmy LOTem. Co za przyjemność dla mnie była, kiedy on tak łapczywie chłonął informacje o lotnisku, samolotach i samym locie. A już obserwacja odczuć małego, kiedy samolot się wzbił w powietrze, to bajka. Reagował tak naturalnie na każdy ruch samolotu.
Leciał też z nami Czesław, wielki afrykanski ślimak, który wzbudzał mieszane uczucia u starszego pana stewarda.
Młody dostał w czasie lotu certyfikat odbycia pierwszego lotu podpisany przez całą załogę. Po podróży mój wnuk stwierdził, że przeleczył już lęk wysokości i będzie ze mną latał.
Kolejny pociąg i wróciliśmy. Kiedy młodego odebrał tata i ciężar odpowiedzialności za szkraba zszedł ze mnie, rozłożył mnie covid.

Po raz 3.

Opowiem Wam o mojej ostatniej przygodzie, która nadal trwa. Jestem od środy na baterie, jak króliczek duracell, nie Playboya, bynajmniej.

Miesiąc temu karetka zawiozła mnie do szpitala, tydzień i przejazd druga karetką do kliniki w Łodzi.
Na oddziale elektrokardiologii w Centralnym Szpitalu Klinicznym zajmują się wszelkimi sprawami elektryki serca. Tu na ablacje, kardiowersje i rozruszniki czekają ludzie z całej Polski. Dwa dni, zabieg i do domu. Inaczej ma się sprawa jak po drodze zostanie wykryta borelioza. Tak i było u mnie. Nawet nie wiedzialam, że ugryzł mnie kiedyś kleszcz. Borelioza zepsuła mi serce do tego stopnia, że lekarze nie mieli wyjścia i zdecydowali o wszczepieniu rozrusznika.
Zabieg przeprowadził doktor, z którym od początku pobytu nie było mi po drodze.
Na blok operacyjny zaprowadziły mnie pielęgniarki. W specjalnej koszuli operacyjnej a nawet dwóch, bo rozmiar trochę za mały.
Śluza, jazda na łóżku i patrzenie na mijane lampy w suficie, jak w większości scen filmowych ze szpitali.
Na sali operacyjnej łóżko, tysiąc monitorów u stóp i anestezjolog od stóp do głów schowana w szaty ochronne. Tylko jej ciemne oczy widziałam, no i ten uspokajający głos przez cały zabieg. Bardzo mi pomogła opanować trzęsące się za strachu miękkie nogi.
Zabieg wszczepienie rozrusznika serca odbywał się bez narkozy, w pełnej świadomości, w znieczuleniu miejscowym jak podczas wizyty u dentysty.
Najpierw opasano mnie niebieskimi taśmami i przyklejanymi do nagiego ciała chustami. Nad głową w czepku miałam baldachim, jednak nie mogłam nią ruszać za bardzo. Straciłam też szerokie pole widzenia i podgląd na monitory.
Przyszedł lekarz, zapytał o moje ciśnienie, 83/38.

-Nie mogę operować przy takim, proszę podwyższyć.
Anestezjolog miała za moją głową pulpit podłączony do mojej żyły w łokciu, więc podała szybko dopaminę. Ciśnienie wzrosło do 90/50. Lekarz wkroczył do akcji. Pokazali na moją prośbę rozrusznik, jeszcze był w pudełku.
Najpierw zrobił ręcznie rozeznanie w terenie, czyli macając znalazł obojczyk i odpowiednie miejsce. Zdezynfekował całość zimna cieczą na waciku. Potem zaczął znieczulać zastrzykiem, pierwszy bolał, kolejne tylko rozpierały ciało. Czułam jak nacina skórę i wklada palce coraz głębiej. Jak indyk przed Świętem Dziękczynienia. Lekarz mościł miejsce pod pudełko rozrusznika. Mało się do mnie odzywał, jednak z jego rozmów z anestezjolog wiedziałam, co robi.
Włożył w żyłę dwa długie druty i wtedy czułam jego ruchy w swoim sercu. Coś nieprawdopodobnego, praca na żywym ludzkim sercu. Czułam dotyk zewnątrz i wewnątrz.
Potem przez nacięcie włożył pudełko rozrusznika, to było mocno nieprzyjemne. Na chuście przed moimi oczami pojawiły się krople krwi. Przyszła chyba jakaś studentka, czy młoda lekarka, bo zaczął jej tłumaczyć dokładnie, co robi.
Stąd wiem, że nacięcie takie małe, mięśnie tylko odsuniete a nie przecięte i takie rany się lepiej goją.
Potem niemiłe uczucie, serce waliło jak oszalałe, anestezjolog zdjęła mi maseczkę z twarzy, zastępując ją maską z tlenem. Było mi słabo, jednak lekarz uprzedzał o możliwych odczuciach. Podłączał elektrody do rozrusznika. Słyszałam jakieś pukania młotkiem, skrzypienie jak u rzeźnika. Elektroda 53, komora.
Zostałam nafaszerowana jak indyk, lekarz nie był przy tym zbyt delikatny, chyba się odgrywał za mój cięty jęzor w poprzednich tygodniach pobytu na oddziale.
I ostatnia część zabiegu, szycie. Pokazywał młodej lekarce sposób szycia tłuszczu a mnie zaczynało coraz bardziej boleć. Ostatnia warstwa szycia skóry już z moim sykiem- ałąaaaa..
Na koniec lekarz przyłożył do miejsca zabiegu coś na kształt małego żelazka i przy komputerze ustawiał parametry mojego rozrusznika.
Mogłam się rozluźnić, teraz tylko 24 h nieruchomo na wznak z lodowym obciążnikiem.
Przeżyłam i to, ale tylko dzięki pomocy sympatycznej opiekunki Monika, życzliwemu Adam i empatycznym pielęgniarkom.
Oraz mojej rodzinie i bliskim, którzy byli w telefonie zawsze, kiedy tego potrzebowałam. Także Wam, za SMS, wiadomości i telefony wspierające na duszy.
Ogromne dziękuję za odwrócenie złej passy i odwiedziny tu, gdzie ich nie było, dla mojego kochanego Żenia.
Bo tu ani odwiedzin, ani wyjść żadnych nie ma. Paczka na pacjenta raz dziennie max 3kg.
Ale leczą skutecznie ciało i nie grymaszę.
Od czwartku nowa przypadłość- polekowe zapalenie żołądka, który ma już dość lekarstw.
Nie wiem kiedy wyjdę, ale to i tak bez znaczenia. Najbliższy wyjazd do Panamy i Kolumbii niestety mi przepadnie. Muszę się trochę podreperować.

Dzień pierwszy.
Zjadłam o świcie jak złoczyńca po cichu, resztki z podróży, czyli bułkę z mielonką i pozostałe orzechy brazylijskie. Śniadanie, to sok z pokrzywy, selera i jarmużu. Sałatka z warzyw, czyli kapusta, pomidory, cebula, papryka, rzodkiewka, koperek. Wyjadłam rzodkiewki, bo reszty nie lubię. Zupa z kwaszonych buraków, dobra. Na ciepło też gotowane brokuły i marchewka. Wciągnęłam ze smakiem swoją porcję i jeszcze dwóch sąsiadek. Na deser gorąca woda zalana na susz z pokrzyw.
Obok po prawej siedzi starsza pani, co już 20 raz jest na takich wczasach, nadal gruba jak jak. Ale sprytna i oblatana, wszystko mi tłumaczy. Podobno zna samą guru, czyli dr Ewę Dąbrowską. Po lewej długowłosy siwy pan, który jest na innej diecie. Jego posiłek, to tylko świeżo wyciskane soki, trzy duże szklanki i nic więcej. Tak przez dwa tygodnie. Celem jest zrzucenie wagi z 75 na 70 kg.
Sąsiadka z prawej wymieniała z sąsiadem po lewej przez cały obiad poglądy na temat wyższości masażu mechanicznego nad ręcznym. Widać, że się znają na sprawie.
Ambicji na spacer po śniadaniu starczyło tylko na wyjście do ogrodu. Rewolucja w jelitach tak pogoniła, że dystans do toalety na 3 piętrze pokonałam bez zatrzymywania, jak było do tej pory. Zimno mi, więc pod kołdrę do łóżka.
A potem przyszła senność, której nawet odcinek Królowych Życia nie pokonał. Zasnęłam tak mocno, że o mało nie zaspałam na obiad.
Jeść wcale mi się nie chciało, ale trzeba trzymać ramy.
Na obiad dziś kompot owocowy, dwie surowki, zupa z kiszonej kapusty i zapiekany wielki pomidor na danie drugie. Po posiłku herbata z pokrzywy i dzikiej róży, oczywiście bez cukru. I czas na kontakty towarzyskie. Większość jest tu po raz kolejny, lub bywała na podobnych wczasach w innych ośrodkach. Czuję się przy nich zielona jak szczypiorek na wiosnę. Może dlatego, że na wczasach odchudzających jestem po raz pierwszy.
Miałam się z sąsiadką wybrać na spacer z kijkami, ale muszę pilnie i niezmiennie pilnować toalety.

Dzień drugi.
Spałam prawie 10 godzin i nadal z chęcią bym w łóżku została. Trzeba jednak na śniadanie. Niby nie jestem głodna, ale coś by się zjadło. Dziennie dostajemy 400-800 kalorii, więc całe nic. Normalna dieta, to około 2 tyś kalorii. Tu brak białka, tluszczu i węglowodanów, same warzywa i niektóre owoce.
Nauczyłam się już dbać o swoje, czyli zgarniać od razu na talerz przypisaną porcję z półmiska. Sąsiadka z prawej jest taka czujna, że nawet sok pozostały z surówek wypija z półmiska.
Pogoda paskudna, zimno i deszcz, z gimnastyki porannej nici. Zresztą nadal pilnuję toalety. U mnie jakoś to nie ma przebiegu dramatycznego, rewolucja, skurcz i szybko toaleta. Sąsiadka z drugiego stołu niestety musiała wymienić pościel, uprać dywanik i ubrania, tak bezwiednie poszło.
Rano pomiar glukozy we krwi, badanie ciśnienia i waga. Cukier w normie, ciśnienia się nie dało zmierzyć, bo mam za grube ramię. Waga niższa od wczoraj o 1,5 kg. Potem zamiast wyjścia na poranny spacer z kijkami gimnastyka na sali fitness. Na razie się przyglądam, strasznie szybko mchają rękami i nogami. No ale większość to chudzielce.
Na śniadanie przepyszny sok z buraka i kiszonych ogórków. Dwie surówki, to krojone ogórki kiszone z papryką oraz pomidory z cebulą. Zupa z buraków, bardzo esencjonalna. Na drugie danie gotowane brokuły, kalafiory i marchewka. Na deser pół kwaśnego grapefruita.
Nie minęło pół godziny i sprint do wc. Potem znów łóżko, zimno i zasnęłam. Przespałam kolejne ćwiczenia o 10.30. Ocknęłam się dopiero na planowy masaż w gabinecie fizykoterapii. Coś wspaniałego, uwielbiam masowanie stóp.
Nadal leje deszcz, gorąca woda zalana na suszone pokrzywy trochę rozgrzała przed posiłkiem.
Wcinanie obiadowych surówek przerwały krzyki z sąsiedniego stolika, zemdlał jeden z panów. Oczy miał nie z tego świata a ciało takie wiotkie. Wyniesli go wpół, ciągnąc bezwładne nogi po podłodze. Dobrze, że jest na miejscu lekarz a i jedna z kuracjuszek jest lekarka. Nie wezwali pogotowia, dziwne. Po tym zajściu sąsiadka z prawej powiedziała, że podobnie zemdlał jej mąż. Podobno upadając w pokoju uderzył się w głowę. Do tej pory jest nieprzytomny i leży w szpitalu w Gdańsku. Nie wiem, kiedy to było, dziwna sąsiadka. Jakiś cień padł na te moje wczasy, nie jest tak różowo.
Zasnęłam po obiedzie, standard. Tylko spałam krótko i przebudzenie energicznie. Za oknem wreszcie słońce i niebieskie niebo.
W ciągu dziesięciu minut już byłam na dole ucząc się odpychania kijkami. Lewa noga, prawa ręka. Prawa ręka, lewa noga, załapałam i jak wystrzeliłam, to szybkim krokiem doszłam na drugi koniec wioski. U mnie takie tempo zupełnie niespotykane ostatnio, aż sama sobą jestem zaskoczona. Nikt nigdy mi nie pokazywał, jak należy chodzić z kijami. Pamiętałam z rozmów z Jacek , aby ciężar przenosić na barki i ukośnie stawiać kijki. Brakuje mi tu wsparcia nawet w takiej prostej czynności, jak chodzenie z patykami przyczepionymi do nadgarstków.
Na końcu wioski molo i rybackie łodzie. Kolorowe chorągiewki furkotały na wietrze, blustrada drewnianego molo cała obwieszona kotwicami i kolorowymi sznurami. Widać tu rano rybacy przypływają z połowu, bo pełno też skrzyń i wkoło intensywny zapach ryb.
Po drodze na molo miałam niezłe pokusy, smażalnię ryb i sklepik spożywczy.
Dla sprawdzenia duszy wystąpiłam do sklepu, ale prawdę mówiąc, nie miałam ochoty na nic zakazanego. Kupiłam brzoskwinię, jabłko i ogórka. Kolacja jest o 17.30 a śniadanie dopiero o 9, żołądek chce paliwa.
Na ławeczce nad morzem spotkałam jedną z sąsiadek z drugiego stołu, jest tu po raz …dziewiąty. Drugi raz w tym roku. Żeby nie było za słodko i w klimacie dnia dzisiejszego, opowiedziała jak to ostatnio zakończyła swój pobyt. Wyjazdem karetką i pobytem w szpitalu. Zaczynam się bać!

Dzień trzeci.
Przyjeżdżając tu, nie wiedziałam prawie nic o diecie dr Dąbrowskiej. Na wczasy odchudzające zdecydowałam się w ciągu godziny. Teraz troszkę poznaję zasady, ale do końca nie ufam, bo jak szeptem przekazała mi wszystkowiedząca sąsiadka z prawej, autorce diety odebrano prawo do wykonywania zawodu lekarza. Muszę poczytać, bo za bezpiecznie się z tymi informacjami nie czuję.
Na ciele za to zdecydowanie lepiej. Minęła mi senność, pozostały tylko szybkie i kolorowe wizyty w toalecie. Dlatego nie oddalam się profilaktycznie zbyt daleko od ośrodka. A dziś po śniadaniu (sok wyciskany, dwie surówki, zaparzony gęsty sok z kwaszonych buraków jako zupa i gołąbek z warzywnym nadzieniem oraz kiwi na deser) zaległam jak foka na leżaku w ogrodzie. Na ten sam pomysł wpadło kilka moich współkuracjuszek. Z tym, że one wzięły udział dwa razy w gimnastyce na trawie. Zebrałam się raz zobaczyć ich wysiłki, skuszona glośną i skoczną muzyką.
Tylko po kilku spojrzeniach wiedziałam, że to dyscyplina nie dla mnie. Ćwiczyły z szerokimi szarfami- gumami. Rozciągały je nogami w rytm poleceń instruktorki. Problem w tym, że taka guma to mi wejdzie, ale na jedną nogę. Drugiego tłustego kopytka już bym w nią nie wcisnęła. Zniesmaczona obwodem gum i swoich ud wróciłam na leżak.
Potem jak i wczoraj odprężający masaż stóp. I po godzinie powrót na leżak. A dziewczyny po przerwie znów machały kończynami na trawie. Mają zacięcie!
Obiad tradycyjnie, kompot, surówki, niby zupa i wielka faszerowana papryka. Nauczona koniecznością zaborczej sasiadki od razu wkładam swoją porcję z półmiska. Góra zieleniny, którą jem następne pół godziny. Wstając od stołu jestem pełna jak bąk. Kilka minunt, toaleta i nie ma śladu obiadu a po godzinie już burczy w brzuchu.
Nie chcąc skusić się na zakazane jedzenie kupiłam na spacerze kilka ogórków kiszonych, jabłka i nektarynkę. Zapasy na zbliżający się długi weekend i wieczorne oglądanie telewizji. W której tak na marginesie dają same zakazane reklamy!
Pizza, kanapki z serem, majonez do szaszłyków i batony lion.

Dzień czwarty.
Wczorajszy wieczór spędziłam na rozmowach ze współkuracjuszkami. Cztery prawniczki i lekarka, każda z nich ma doświadczenie w dietach, odchudzaniu i zdrowym odżywianiu. Żadna nie jest gruba, ani nawet krągła. Sporo ciekawostek mi podały, dużo więcej niż właściciele ośrodka. Ze swojej strony podzieliłam się z nimi moimi doświadczeniami z podróży. Taka fajna wzajemna wymiana informacji.
Rano ważenie i na wyświetlaczu 4 kilogramy mniej. Chyba nieźle mi idzie. Zmartwiłam się tylko trzema pestkami nektarynki, które po przebudzeniu zauważyłam na szafce obok łóżka. Jestem sama w pokoju, drzwi zamknięte od wewnątrz a zupełnie nie pamiętam momentu zjedzenia tych owoców. Jako dziecko podobno dożywiałam się we śnie, może ten zwyczaj wrócił. Muszę zacząć myć owoce od razu po przyniesieniu do pokoju, jak już jem przez sen, to chociaż czyste.
Śniadanie przecier ze świeżych buraków z wodą z kiszonych ogórków na wstępie- mój ukubiony. Potem tradycyjnie dwie różne surówki i niby zupa z buraków. Na drugie danie plaster gotowanej na parze kapusty. Takie proste a coś przepysznego.
Między posiłkami miałam zaplanowany masaż głęboki kręgosłupa. Znów pełen relaks i odprężenie. Może poza bolącym etapem masowania bańką chińską moich tłuściutkich boków.
Po obiedzie nie zostałam na pogadankę tylko od razu wystrzeliłam na przystanek autobusowy i do pobliskiego Kosakowa na zakupy. Wioskowy sklepik w Rewie ma mały wybór dozwolonych na diecie produktów a i przyjechałam nd morze bez żadnych kosmetyków na słońce. Prognozy nie zapowiadały słońca a tu po wczorajszym leżeniu trzeba nawilżyć skórę.
Cieszę się, że nie skusiłam się na słodycze, ciasta czy inne pokusy. Prawdę mówiąc, nie mam na nie wcale ochoty! Zadziwiające i dające nadzieję.

Dzień piąty.
Robię się wybredna i gmeram na talerzu, odsuwając kawałki warzyw, których nie lubię. Muszę przy tym być odporna na krytykę i wymowne spojrzenia sąsiadki z prawej. Ona je wszystko jak leci, nie wybrzydza. Nie lubię kapuśniaku czy selera naciowego, które to często pojawiają się w posiłkach. Nie wspominam o truskawkach. One wywołują pewnego rodzaju obrzydzenie, wstręt, szczególnie kiedy obserwuję zajadającą się nimi osobę. Truskawek surowych nigdy nie lubiłam, podobno nawet jestem na nie uczulona. Nie jedząc wszystkiego zaczynam być między posiłkami głodna. Dziś ze śniadania wzięłam talerz gotowanych brokułów, skutecznie zahamowały głód do obiadu.
Żeby nie myśleć o jedzeniu postanowiłam stawić czoła jednej z kilku bieżni na sali do fitnessu. Wybrałam oczywiście taką z największym udźwigiem, żeby nie zepsuć maszyny.
Pierwszy w życiu kontakt był nieudany. Ktoś przede mną chyba biegał, kiedy włączyłam bieżnię ta ruszyła takim tempem, że wylądowałam na kolanach daleko z tyłu. Jak w kreskówkach dla dzieci, na wesoło. Nie dałam za wygraną i po 20 minutach dopracowałam szczegóły. Przeszłam kilometr i spaliłam ponad 150 kalorii. To fajna zabawa. Nie trzeba patrzeć pod nogi, żeby się nie potknąć jakna zwykłym spacerze. Nie ma strachu, że zabraknie sił na powrót. Sama reguluję dystans, tempo i mogę kontrolować puls.
Zachęcona sukcesem pierwszego kilometra, po obiedzie machnęłam w 45 minut następne 3 km. Włączyłam swoją ulubioną latynoską muzykę i łapałam chodzeniem rytm. Tym razem, aż się spociłam a kiedy wchodziłam po schodach do pokoju, miałam dziwne wrażenie, że stopnie się poruszają.
Nie będę na pierwszy dzień się forsować, zapoznawczo chyba nieźle mi ten kontakt z chodzeniem w miejscu wypadł.
Za oknem nadal mżawka i chłodno.
Na kolację same ulubione. Krem z białych warzyw i pieczone jabłka z cebulą. Zjadłam chyba ze dwie porcje! Na deser ogórki z rzodkiewką i surówka z kapusty pekińskiej z rabarbarem, imbirem, jabłkiem i melonem.

Dzień szósty.
Ciągłe jedzenie tylko warzyw i małej ilości owoców powoduje wieczne rewolucje w przewodzie pokarmowym. Podobno tak mój organizm oczyszcza się z toksyn. Dołożyłam przed każdym posiłkiem szklankę ciepłej wody z cytryną i świeżym imbirem. Jednak mimo całej otoczki i euforii moich współkuracjuszy, chodzę głodna. Już godzinę po posiłku czuję ssanie w żołądku. Ratuję się jabłkiem lub warzywami przyniesionymi ze stołówki. Może dlatego, że nie jem wszystkiego, mam swoje ulubione, jestem wybredna.
Pogoda od wczoraj mglista i wilgotna, zimny wiatr. Na dziś zaplanowałam oswajanie rowerka stacjonarnego w sali fitness. Pierwsze podejście, to przejechane bite 8 km. Potem jeszcze na dokładkę kilometr spacerem po bieżni. Po schodach do pokoju wchodziłam na drżących nogach. Dobrze, że zaplanowany mam na później masaż nóg, bolące kolana dostaną swoją porcję relaksu.
Po obiedzie wybrałam się do pobliskich Mechelinek. Ładny widok z molo, akurat dwudniowa mgła zaczęła się cofać i wyszło piękne słońce. Od razu świat zrobił się piękniejszy i cieplejszy.
Wróciłam skrótami, które okazały się dłuższe, przez Mechelińskie Łąki.
Padam na twarz ze zmęczenia a tu jeszcze zaplanowany rowerek.
Na zakończenie dnia jeszcze 8 km na rowerku, muszę się nauczyć poprawnego ułożenia stóp na pedałach, bo bolą.

Dzień siódmy.
Gdzie jest słońce i ciepło? Tu gęste chmury, chłodno cały dzień, tylko 17 stopni. Kto dzwoni, narzeka na upał a ja marznę. Czas między posiłkami spędziłam w łóżku, owonięta kołdrą po uszy, zimno.
Ponury nastrój za oknem udzielił się i duszy. Mam dość kwaśnych warzyw i zieleniny. Chce mi się normalnego jedzenia, jajek, nabiału i mięsa. Nie tęsknię natomiast za chlebem.
Dziś mija tydzień, jak jestem na diecie warzywno- owocowej dr Dąbrowskiej na wczasach odchudzających w nadmorskiej Rewie. Zmieniła się po obiedzie ekipa, zostało nas tylko kilka osób, reszta nowi kuracjusze. Tak jakoś źle mi.

Dzień ósmy.
Od drugiej w nocy dopadł mnie armagedon. Najpierw obudził mocny ból gardła, nie zmrużyłam już oka do rana. Potem przyszła wysoka gorączka. Ledwo zeszłam na śniadanie. Podjęłam decyzję, że kończę dietę i przechodzę na niskokaloryczną 1200 kcal.
Na śniadanie mało co zjadłam, ból gardła poraża. Zbadał mnie niby lekarz, student 6 roku, wnuczek właścicieli ośrodka, który co niedziela robi nam pomiary. Zawalone migdałki, taką wydał diagnozę. Później było już tylko gorzej.
Odezwał się kręgosłup, korzonki, bolała mnie skóra, głowa się rozrywała na strzępy. Nie zeszłam na obiad, nie miałam siły. Włączyły się majaki, kiedy do mojego pokoju zajrzały zaniepokojone współkuracjuszki. Jedna z nich miała czarną długą sukienkę, myślałam, że przyszła na mój pogrzeb. Na zmianę ibuprom, ferwex i żadnej poprawy.
Kiedy udało mi się zejść na kolację właściciel ośrodka stwierdził, że to kryzys ozdrowieńczy i powinnam zjeść czosnku. Oraz absolutnie nie rezygnować z diety. Takim szarlataństwem mi to śmierdzi. Jedna z dziewczyn, która wczoraj zakończyła turnus ma anginę, pewnie mnie też to choróbsko dopadło.
Problem w tym, że w wiosce, jaką jest Rewa, nie ma lekarza, apteki a do Gdyni i pogotowia nie dojadę autobusem, nie mam tyle siły.
Może dotrwam do jutra.

⁸Dzień dziewiąty.
Straszna noc, wysoka gorączka mimo zbijania ibupromem, co kilka godzin. Ból gardła się zwiększył. Uruchomiłam jedno z kół ratunkowych, znajomego lekarza, co zawsze mnie z opresji wyprowadza. Już przed siódmą miałam e-receptę, którą pojechałam autobusem zrealizować do Kosakowa. Bałam się, żeby nie przewrócić się, takie co chwilę mam zawroty głowy. Gorączka cały czas wysoka. Szyja i dół twarzy mam opuchnięty i bolesny.
Spięłam się i za pół godziny wzięłam antybiotyk.
Cały dzień w łóżku, mam taką senność, że oczy się same zamykają, nie mogę tego opanować. Strasznie się czuję. Do tego nie chce mi się jeść, na siłę wpycham jakieś drobiny.
Gardło ma już kolor porzeczkowych lodów z białą polewą. Nie mam siły.
Pogoda za oknem też paskudna, chmury, deszcz i zimny wiatr. Chociaż nie żal mi, że tracę słońce.

Dzień dziesiąty.
Wraca mi chyba zdrowie, pod postacią mokrej od potu pościeli. Od poprzedniego wieczora bardzo się pocę, ale goraczka spadła. Boli nadal gardło i obrzęknięta szyja. Jedak jest lepiej, chyba będę żyła.
Ostatni tydzień siedzę przy drugim stoliku, z dziewczynami, które zostały jak i ja dłużej. Od niedzieli przeszłam na dietę makrobiotyczną, 1200 kcal. Dostaję na posiłki mięso i jaja oraz nabiał. Nie przeszkadzało im to do tej pory. Aż tu dziś rano na śniadaniu nakryte miałam w innej sali, sama. Zmiana miała być spowodowana uciążliwymi zapachami. O czym przepraszającym tonem powiedziała mi kelnerka. Dziwne, zbiegło się to z porannym atakiem kaszlu, który zapewne słyszała mieszkająca obok i siedząca też, współkuracjuszka.
Kiedy podeszłam do ich stolika z pytaniem, czemu wyeksmitowały mnie od siebie, czy dlatego że jestem chora, zaczęły wszystkie zachowywać się, jakbym była upierdliwą muchą. Jednej się wymsknęło: ja mam 91 letnią babcię i chciałabym, aby jeszcze pożyła.
Zachowanie, pokłosie paniki koronawirusowej, zmieniające standardy zachowań ludzkich.
Poczułam się odrzucona, taka naznaczona.
Stygmatyzm.

Dzień nie wiem który.
Choroba mija, gorączki nie mam, poty ustały, boli tylko opuchnieta szyja i dolna część twarzy. Brak natomiast siły i energii.
Do południa poleżałam na słońcu a potem na owocowe zakupy. Wycyrklowałam idealnie, bo lichutkie i tak słońce ukryła gęsta i zimna mgła od zatoki. Momentalnie zrobiło się wietrzenie i nieprzyjemnie.
Z zakupów wróciłam z brzoskwiniami i… kilkoma nożami. Idealnie pasują na pamiątkę z podróży nad morze. Takie śliczne, całe czarne, były w promocji. Kupiłam kilka talerzyków, miseczek i obieraczkę, do kompletu. I znów problem, w każdej podróży, jak się spakuję na powrót do tej małej walizeczki.
Zapisałam się na kolejny turnus wczasów odchudzających, jak ktoś chętny na moje towarzystwo, na termin wczesnej jesieni, to pytać.
A, pochwalę się. Nadal nie mam ochoty na słodycze i obojętnie przechodzę obok stoisk ze słodkościami.

Dzień ostatni.
Piękne słońce i upał w postaci 21 kresek na termometrze, skłoniły mnie do zmiany planów. Miałam jechać nad pełne morze, ale to cała wyprawa kilkugodzinna i szkoda spędzić czas w pociągach i autobusach, kiedy wreszcie jest słońce.
Od śniadania do obiadu i potem prawie do kolacji na leżaku, uwielbiam ciepło.
Po obiedzie zaoferowałam swoją pomoc jednej ze współkuracjuszek, starszej pani o ograniczonej mobilności. Jest już prawie tydzień a nie wybrała się nad pobliskie morze. To z ośrodka jakieś 300 metrów ładnym chodnikiem. Była bardzo ucieszona nie tyle z morza, co z możliwości wygadania się.
Siedziałyśmy patrząc się na przemykających przed nami po wodzie windsurferów i śmigających na kitach. Mało ludzi na plaży, ale nie brakowało osób kąpiących się morzu. Prawdziwy wyczyn, mi w ubraniu było zimno od lodowatego wiatru.
Wzięłam leżak, żeby chociaż raz poleżeć na plaży. I ten leżak na koniec mnie pokonał. Kiedy wstawałam, gumowa rączka pod wpływem moich rąk w oliwce kokosowej Kolastyny, ześlizgnęła się z impetem. Zakończenie rury bez gumowej osłonki wbiło się w ramię. I oczywiście zaliczyłam twarzą piasek plażowy, miękki i ciepły.
Krew leciała jak z zabijanego prosiaka, bo biorę leki hamujące krzepliwość krwi. Upaprałam się cała koncertowo. Po umyciu na szczęście rana okazała się nieduża. W przeciwieństwie do siniaka, który się zrobił.
Mam teraz wiec do kompletu noży, jako pamiątek z podróży, piękną dekorację na ramieniu.
Kto się łamagą urodził, kanarkiem nie umrze!

Podsumowanie.
Kilka słów na zakończenie moich pierwszych w życiu wczasów odchudzających. Było warto! Mniej o 6 kg.
Patrząc na minione dwa tygodnie, to był świetny pomysł i doświadczenie. Z jednej strony kulinarne, bo w większości potrawy były bardzo smaczne. Z drugiej, obserwacja własnego ciała i jego reakcji na dietę.
Pierwszy tydzień, to lecznicza głodówka, czyli dieta dr Dąbrowskiej. Trzy posiłki i od 400 do 800 kalorii dziennie. Drugi, dieta makrobiotyczna 1200 kcal. W pierwszej dużo surówek i nacisk na warzywa. W drugiej małe porcje. Głodna byłam w pierwszym tygodniu, ten drugi syty, spokojnie mogłabym obciąć składniki o połowę.
Niespodziewanie, w drugim tygodniu miałam zerowe zainteresowanie słodyczami i cukrem, bez którego przed wczasami, ciężko było mi funkcjonować.
Całość spina odejście od słodzenia, picia gorącej, czarnej herbaty, na rzecz ciepłej wody z cytryną. Przyjeżdżając tu miałam nadzieję, na poznanie i zrozumienie właściwych nawyków żywieniowych. Nie rozumiem ich nadal do końca, ale jako tako orientuję się jak zdrowo jeść.
Zawiedziona jestem trochę tym, że nie znam receptury wielu pyszności, które tu jadłam. Kucharz nie chciał zdradzić sekretu przygotowania swoich specjałów. W odwecie kupiłam na allegro dwie książki Dąbrowskiej, może znajdę w nich przepis na prażoną kapustę, pieczone jabłko czy zupę kapuścianą. Może to kwestia przypraw a może wyostrzenia się kubków smakowych.
Zaskakująca była także moja aktywność na bieżni i rowerku stacjonarnym, przystępność i zadowolenie z siebie po przejściu pierwszych kilometrów. U siebie siłownię mam blisko, czas też się znajdzie.
Generalnie, dużo z tych dwóch tygodni na plus. O minusach pisałam na bieżąco, prawie zapomniałam, widać plusów więcej.
Mam nadzieję i zapał. Z chęcią przyjadę do Rewy we wrześniu, jak zaplanowałam.

26 sierpnia 2019 r. wieczorem za Tęczowy Most odszedł mój Przyjaciel Bej. To on jedyny się szczerze cieszył, kiedy wracałam do domu, tęsknił i czekał, wiecznie spragniony drapania za uchem i przytulania. Spokojny, dystyngowany i kochający. Emocje i uczucia okazywał tylko jak był w domu, na spacerze stoicki spokój.
Niestety kilka tygodni temu zachorował: kwasica ketonowa, zapalenie trzustki, cukrzyca i niewydolność wątroby, która go pokonała. Od blisko dwóch tygodni o jego życie walczyli wszystkimi dostępnymi w weterynarii środkami lekarze w Klinice Braci Mniejszych w Konstatynowie Łódzkim. Wczoraj Bej się poddał, wątroba przestała pracować. Odszedł bez bólu. Zasypiał patrząc mi się w oczy, spokojnie, leżąc przy mnie i słuchając mojego głosu.


Przepraszam.


Dziękuję Bejuś.

Miasto, w którym mieszkam, żyję i pracuję nie jest może zbyt znane. Nie ma tu starożytnych zabytków klasy zerowej, nie ma pięknych plaż i majestatycznych górskich widoków. Są za to urokliwe zakątki i autentyczne chwile- Ostrołęka i okolice mają jednak sporo do zaoferowania turystom, którzy lubią folklor, historię i polską przyrodę z polnymi wierzbami.

[more]

Co roku w moim mieście odbywają się inscenizacje bitew i potyczek. W tym roku była to inscenizacja historyczna ataku Podlaskiej Brygady Kawalerii na Prusy we wrześniu 1939 roku. Przyjechały grupy rekonstrukcji historycznych nie tylko z Polski, ale także z Niemiec i Rosji.

 

Już wkrótce będę mogła wstawać o świcie, wyruszać ze swoim ciężkim ekwipunkiem i turystycznym krzesełkiem na „łowy”. Poluję na malutkie żyjątka ukrywające się przed ludzkim okiem w łąkowej trawie. Często rankiem, przed wschodem słońca łąki są skąpane w rosie, chłodne, nieruchome, ciche, ale jakie piękne i kojące.

[more]

 

 Okiem aparatu wypatruję skąpanych w rosie biedronek, zadumanych motyli i zaciekawionych ważek.

Moja przygoda z tym bliskim a dalekim światem rozpoczęła się kilka lat temu, kiedy po długiej chorobie, przykuta przez kilka miesięcy do łóżka wyrwałam się wreszcie jak szalona na łono natury. Potrzebowałam tego kontaktu z chłodną pachnącą dzieciństwem trawą,cykania świerszczy i radości z kolorów innych niż cztery ściany. 

Odkryłam wtedy życie, którego często nie zauważamy, a które toczy się blisko, pod naszymi nogami. Z zafascynowania i zachwytu tym światem, jego prawami i czasami brutalnością, ale mądrą, nie mogę wyjść do tej pory. 

Polecam taką formę podróżowania, relaksu, szczególnie tym zagonionym i zapracowanym do bólu. Warto czasami zatrzymać się, położyć na zielonej trawie odgarnąć delikatnie trawę i zerknąć, co tam się kryje. Zmiana perspektywy z władcy stojącego pewnie na dwóch nogach, na uważnego obserwatora z nosem wśród łąkowych kwiatów pozwoli Wam zobaczyć mikrokosmos.  

Biedroneczki są w kropeczki…

Biedronki, to moje ulubione modelki. W Polsce żyje ich ponad 60 gatunków. Najczęściej widujemy popularne siedmiokropki, ale są biedronki czarno- czerwone, żółto czarne, czy całe czarne.

W przyrodzie spełniają bardzo ważną rolę- niszczą wszędobylskie szkodniki, czyli mszyce. Dorosła biedronka może w ciągu dnia zjeść koło 50 mszyc.

Są bardzo cierpliwymi modelkami, nie uciekają szybko, dobrze współpracują z fotografem.

Pierwszy seks, jaki udało mi się podpatrzeć wśród owadów, to właśnie biedronkowy. Tego śmiesznego kolebania się pana biedrona na pani biedronkowej nie można zapomnieć ;))) 

Wracając któregoś dnia z pracy zauważyłam idącą śpiesznie między ludzkimi nogami na betonowym chodniku w środku miasta  biedronkę a odkąd je „znam”, staram się uważniej chodzić, aby nie zdeptać żadnego małego żyjątka. Za chwilę na rękawie wylądowała mi druga, więc na trawnik niosłam już dwie.

Jakież było ( i mojej troszkę zgorszonej koleżanki) zdziwienie, kiedy dwie przypadkowe biedronki ukryte w czasie drogi z chodnika na trawnik w mojej dłoni zdążyły się… w sobie zakochać i właśnie odbywały najprzyjemniejszą miłosną czynność- uprawiały na mojej ręce seks! ;))

 

Motylem byłem..

Uwielbiam motylowe minki, jakie stroją podczas zdjęć. Niektóre mają niezłego zeza, inne udają, że ich wcale nie ma. Najczęściej jednak nie chcą zrozumieć, o co je proszę. Ulatują zostawiając smak kolorowych skrzydeł i muśnięcia letniego wiatru.

Ich skrzydła w dużym powiększeniu, to prawdziwe dzieła sztuki. Składają się z mikroskopijnych kolorowych łusek pokrytych delikatnym pudrem.  Motyle skrzydła najpiękniej prezentują się w ciepłym świetle zachodzącego słonka. 

W naszym kraju jest dużo motyli dziennych i nocnych, bo ponad 3 tysiące gatunków.  najtrudniejszym do „upolowania” jest majestatyczny duży paź królowej. W swoich wędrówkach po rannych łąkach kilka razy spotykałam te królewskie piękności, często wolałam tylko na nie popatrzeć, niż fotografować, bo wiązałoby się to z ich spłoszeniem.

Raz byłam też matką chrzestną przy narodzinach młodego pazia, coś cudownego!

Robaczku, ty mój…

Żyją wkoło nas, kryją się pod kamieniami, liśćmi a czasami wpadają do naszego mieszkania wywołując niechęć i przyśpieszone ruchy rąk uzbrojonych w ostatnio czytaną gazetę.

Pospolite muchy przeszkadzają nam podczas śniadania na trawie, komary mogą uprzykrzyć najlepszy urlop nad jeziorem a słodkolubne osy skłonić do ucieczki z jesiennego sadu pełnego słodkich gruszek. Niektóre lubimy,inne zwalczamy. Te kolorowe zyskują naszą sympatię, te bure odrazę.

Jednak każde z tych żyjątek jest potrzebne, może nie nam, ludziom, ale naturze.

Lubie podróże małe i duże, lubię fizyczne przemieszczanie się w przestrzeni, także takie nietypowe. Lubię nowe doznania, doświadczenia. Takim innym doznaniem był cały jeden dzień, który spędziłam w większości w wielkiej śmieciarce. Nie w środku kontenera, oczywiście, ale siedząc i obijając się na skajowej ławeczce za kierowcą olbrzymiego volvo.

[more]

Odwiedziliśmy wsie położone na skraju województwa mazowieckiego, zagubione wśród lasów i piaskowych pól. Ludzie czasami wołają za nimi: „śmieciarze, brudasy”. Pracują ciężko, w smrodzie i brudzie, ale nie narzekają… Żadna praca nie hańbi, ale zapewne niewielu z nas chciałoby pracować przy zbieraniu śmieci. „Śmieciarzami” chcą zostać tylko niektóre przedszkolaki (w szkole już się do tego nie przyznają). Często o tej pracy mówi się lekceważąco i pogardliwie. Chcąc poznać jej charakter towarzyszyłam przez cały dzień jednej z ekip z ostrołęckiego MPK.

Wóz z wielkim młynkiem

 

Kierowca – rozmowny, sympatyczny Mariusz i pomocnik kierowcy – małomówny i skryty Dariusz. Wyjazd wczesnym rankiem z Ostrołęki w kierunku Mazur, do zebrania są śmieci z miejscowości położonych w rejonie gminy Łyse: Zalas, Klenkor, Wejdo, Antonia, Piątkowizna i Łączki. W sumie do objechania ponad 200 kilometrów.

Typowe kurpiowskie wioski ukryte wśród piaszczystych pól, sosnowych lasów i pól z kukurydzą – do odebrania czekają kosze pełne śmieci od 204 klientów. Śmieciarka, którą się poruszamy, to prawdziwy czołg– volvo z trzystoma końmi mechanicznymi, z automatyczną skrzynią biegów i wielkim młynkiem do mielenia śmieci. To jeden z największych wozów, jakie są w firmie. Kamera z obrazem tyłu auta, radio i… niewygodne miejsca do siedzenia.

– Kamera jest potrzebna, bo auto jest duże, a często cofamy i trzeba widzieć, co się tam dzieje – objaśnia mi kierowca.

– Niedawno, dla przykładu, zostawiłem Darka i odjechałem. Dopiero w kolejnym miejscu odbioru śmieci zorientowałem się, że nie zdążył wskoczyć na „stopkę”.

Śmieciarka z tyłu ma dwie „stopki”, czyli miejsca, gdzie pomocnik stoi podczas krótkich odcinków trasy.

 

Moja pierwsza jazda na stopce

Od początku to miejsce wydało mi się najciekawszym. Nie mogłam się doczekać, kiedy sama będę mogła spróbować. Szybko jednak okazało się, że jedyną zaletą jazdy na stopce jest możliwość podziwiania krajobrazów. Poza tym – czułam nieznośny smród odpadów z wnętrza śmieciarki i wszechobecny kurz, bo większość trasy to wiejskie żwirówki.

Pomocnik już po pierwszej godzinie pracy ma kurz na twarzy i we włosach. Jazda na stopce jest też niebezpieczna. Podskakujący na nierównościach drogi samochód zmusza do kurczowego trzymania się za uchwyt, a skrycie się przed kurzem za bryłą śmieciarki zostawia na ubraniu ślady. Kierowca i pomocnik mają jaskrawopomarańczowe robocze ochronne ubrania – koszulki, ogrodniczki i czapki – ja tylko swoje ubranie. Już po kilkunastu minutach nie tylko ręce mam brudne, ale też każdą wystającą cześć ciała.

– Samochód często jest myty, sprzątany i odkażany– opowiada kierowca. – Jednak trasy, jakie pokonujemy codziennie, są przeważnie piaszczyste. Żeby te nasze polskie drogi były w lepszym stanie – wzdycha ciężko. – Latem kurz jest dla nas wielkim utrapieniem.

– Tak samo jak zimą śnieg i mróz – dodaje pomocnik. – Kiedyś zapomniałem się i złapałem ręką za metalowy uchwyt – oderwałem ze skórą. Zimą, nawet krótkie przejazdy na stopce są trudne. Wtedy częściej wchodzę do kabiny kierowcy. Troszkę się ogrzeję, ubranie odtaje i wyskakuję po następne kosze. Nie lubię zimy – puentuje.

Wyskok, kosz, wskok

Podczas ponad dziewięciu godzin, jakie spędziłam z nimi tego dnia, pomocnik wyskakiwał i wskakiwał z auta blisko dwieście razy!

Już po godzinie straciłam orientację w terenie. Plątanina leśnych dróg i pod¬jazdów do gospodarstw dla nowicjusza jest nie do pojęcia. Po dwóch godzinach jazdy po wertepach mam dość takiej pracy, ale jak się powiedziało A, trzeba dotrwać do końca. I nawet już przywykłam do specyficznego zapachu dobiegającego czasami z tylu naszej śmieciarki.

Po kilku godzinach monotonnej już jazdy, przerwa na śniadanie. Szybka toaleta pod chmurką – woda z butelki, mydło i papierowe ręczniki.

– Na początku najtrudniej było przyzwyczaić się do tego smrodu – wspomina kierowca. – Często przy wrzucaniu do śmieciarki zawartości koszy się ubrudzimy, potem ta woń jest w kabinie kierowcy. Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Teraz nawet rozpoznajemy po zapachu, co się w śmieciach znajduje – śmieje się. – Pracuję w tej branży od blisko czterech lat. Jakiś czas jeździłem jako pomocnik, wiem, jaka to ciężka praca. Przykro jest czasami, kiedy klienci traktują nas z wyższością. Kiedyś słyszałem jak wołają za nami –”śmieciarze, brudasy!”. Na szczęście nie wszyscy ludzie są tacy.

– Na początku wstydziłem się znajomych, no bo jak tu wysiąść ze śmieciarki, ale teraz jestem zadowolony z tej pracy – dodaje pomocnik. – Lubię ją. Czasami ludzie przyjdą do nas, pogadają i pożartują. Jeździmy tą trasą od dwóch lat, więc można trochę poznać klientów.

W kilku miejscach na głośną śmieciarkę czekała gromadka dzieci na rowerach. Z zainteresowaniem przyglądały się pracy kierowcy i pomocnika, a potem wyciągały szyje i słuchały chrzęstu gniecionych w środku odpadów. Najwytrwalsze jechały za nami przez pół wsi.

Książek nie wyrzucamy

– Ludzie różne rzeczy wyrzucają, czasami pojemnik jest tak upakowany, że trudno go podnieść – mówi kierowca śmieciarki.– Ostatnio jest dużo plastykowych butelek, a jak ktoś się buduje, to odpadów z budowy. Jednak ludzie nie segregują tu odpadów, jak w mieście.

– Wyrzucamy głównie opakowania z plastyku, szkło – mówi Antoni ze wsi Wejdo. – Książek nie wyrzucamy – dodaje ze śmiechem.

W ciągu całego dnia pracy kierowca i pomocnik odebrali około dwóch ton odpadów, które trafiły do segregacji w Ostrołęce. Do tej śmieciarki można załadować maksymalnie 15 ton. Wtedy podobno tak nie trzęsie. Jestem zmęczona, brudna i nie czuję już przyjaznego zapachu swoich ulubionych perfum, którymi popsikałam się przed wyjściem z domu.

Trasa, którą zrobiliśmy, jest obsługiwana co dwa tygodnie.

Kierowca, w ubiegłym miesiącu, zarobił około 2 tys. złotych (z nadgodzinami), pomocnik 1400 złotych.

“Koleżanki i Koledzy Blogerzy,
Drodzy Czytelnicy,
Drodzy organizatorzy Blogu Roku,

my, blogerzy podróżniczy, musimy dziś głośno i otwarcie zaprotestować przeciwko sytuacji, w jakiej decyzje organizatorów konkursu “Blog Roku”, likwidujące kategorię “Podróże” i dodające blogerów podróżniczych do kategorii “Lajfstajl”, postawiły naszych wspaniałych kolegów i koleżanki, blogerów lajfstajlowych.

[more]

Blogosfera podróżnicza od dłuższego czasu walczy o to, aby nie patrzeć na nią tylko przez pryzmat “kościółków” i muzeów. Podkreśla, że jest jedną z najtrudniejszych form „stylu życia” – wymaga odważnych decyzji od blogera jako człowieka, a potem – karkołomnych czasami poświęceń, aby blogować z najdalszych zakątków świata. Dziękujemy, że zostało to zauważone i docenione.

NIGDY jednak nie chcieliśmy niszczyć kategorii „lajfstajl” – tak modnej, popularnej i ciekawej w 2012 i w kolejnych latach na pewno także. Przecież żadne zdjęcia, opisy kaw, przeżyć, ubrań nie mogą się równać z tym, co ma do zaoferowania blogosfera podróżnicza, tfu, lajfstajlowa. Na starcie jesteśmy w lepszej, bo egzotycznej i barwnej, pozycji wyjściowej. Tak nie można, Drogi Blog Roku.

Dlatego, w trosce o dobro naszych kolegów i koleżanek, sugerujemy, żeby w konkursie “Blog Roku” utworzyć dla nich nową kategorię, aby mogli być uczciwie ocenieni. Chcemy podkreślić, że te dość bliskie gałęzie blogosfery – lajfstajlowa i podróżnicza – jednak diametralnie się różnią – od podejścia i inspiracji, przez styl, zainteresowania i zaangażowanie, po miejsce i warunki pisania. Żeby raz na zawsze ten podział pokazać, w najbliższych dniach wielu blogerów udowodni, że podróże to prawdziwy lajfstajl.

Jeżeli jednak organizatorzy wolą inaczej – blogerzy podróżniczy z chęcią wrócą do swojej starej sekcji “Podróże…” albo kategorii specjalnej, chyba, żeby takową otrzymać, trzeba mieć “urodziwego” sponsora…

Reasumując – nie chcemy niszczyć jakże cennej części blogosfery, którą są tradycyjnie pojmowane blogi lajfstajlowe. Sami wielu blogerów znamy i z wielką chęcią czytamy.”

Z blogerskimi pozdrowieniami,

Jakub i Ania (autorzy manifestu akcji)

W odpowiedzi na decyzje organizatorów konkursu Blog Roku powstał nasz wesoły happaning. Przez cały dzień będziecie mieć okazje poznać lajfstajl wielu autorów blogów podróżniczych akcje można śledzić na specjalnie stworzonym evencie: “Podróże to prawdiwy Lajfstyle” jak również zapraszam na funpage podróżniczej blogosfery Polskie Blogi Podróżnicze.

JAKI LAJF TAKI STAJL!!!!!!

Poznaj podróżniczy lajfstajl wszystkich uczestników akcji:

Ania i Jakub // podrozniccy.com

Alicja i Andrzej // loswiaheros.pl

Kuba // guideless.tv

Ania i Rafał // zlaptrop.com

Ewa // www.dalekoniedaleko.pl

Ania // www.cuba-miamor.blogspot.com

Renata// polonia-sardynia.blox.pl

Monika // www.wokoloswiata.blogspot.com

Joanna // www.wedrowni.ufale.pl

Anna (plus Tom plus Hanna plus Mila) // www.thefamilywithoutborders.com

Ola // pojechana.wordpress.com

Michał // torellexpedition.pl

Maciek // http://skokwbokblog.com/

Emilia // emiwdrodze.wordpress.com

Agnieszka i Tomek // www.naszcalyswiat.pl

Łukasz Kędzierski // lkedzierski.com

Marek Lenarcik // www.zyciewtropikach.com

Kuba i Asia // http://bezdomu.wordpress.com

Karolina Anglart // http://koralinatropiprzygody.wordpress.com

Paweł Kra Kra // http://travelerlife.wordpress.com/

Magda Biskup // http://www.careerbreak.pl

Magda i Tomek // http://www.magda-tomek.com

Luiza i Bartek // http://lbtu.blogspot.com

Paulina i Rafał // www.vagabundos.pl

Karolina Kania // http://ethno-passion.blogspot.com/

Witold Sobek // http://wypadnaweekend.blogspot.com/

Rafał Wartacz // www.drwartacz.blogspot.com/

Kasia i Maciej Marczewscy // www.ruszajwdroge.pl

Karol i ekipa Busem Przez Świat // www.busemprzezswiat.pl

Kami www.mywanderlust.pl

 

Asekuracja oraz poczucie opieki i wsparcia dużo dla mnie znaczą, nie tylko w czasie podróży, ale także w życiu codziennym. Kiedy wyjeżdżam zawsze mam ubezpieczenie podróżne, daje mi to spokój i pewność, że jak znajdę się w tarapatach, ktoś mi pomoże.

[more]

Ubezpieczałam się w różnych firmach.

Na początku były to polisy u polskich agentów, jednak perypetie, jakie z nimi miałam skutecznie skierowały mnie ku dużej firmie ubezpieczającej wielu podróżników, i to nie takie płotki jak ja, ale prawdziwe rekiny poznawania świata.

Wyjeżdżając do Wenezueli kupiłam polisę PZU Wojażer.

Pech chciał, że na plaży w Porlamar na słonecznej Margaricie pewien młodzieniaszek ukradł mi w bezczelny sposób aparat fotograficzny.

Widząc że robimy sobie wzajemnie fotki, podszedł i na migi (wtedy nie znałam w ząb hiszpańskiego) pokazał, że on nam zrobi zdjęcia. Ufna i jak zwykle przyjaźnie nastawiona do ludzi, dałam mu aparat a ten… odwrócił się na pięcie, najpierw powoli poszedł w kierunku straganów, a potem zwyczajnie, uciekł.

Zgłosiłam kradzież tamtejszej policji, przy okazji odwiedzając areszt (ach, co za ciacha się tam na hamakach bujały, co jeden to ładniejszy), dostałam stosowny dokument. Myślałam, że to i poświadczenie obsługi z hotelowej plaży wystarczą, do uzyskania odszkodowania od PZU.

Naiwna podwójnie, już w kraju zapłaciłam za tłumaczenie przysięgłe obu papierków i złożyłam wniosek o odszkodowanie. Odpowiedź otrzymałam szybko, negatywną. Po odwołaniu się, drugą, z której wynikało, że mi tego aparatu nie ukradziono, tylko go sama oddałam złodziejowi! W opisie wniosku o odszkodowanie użyłam złego słowa, określając sytuację zgodną z prawdą.

Z drugim polskim ubezpieczycielem, WARTĄ Travel, też nie mam dobrych wspomnień.

Po niespodziewanej chorobie podczas wyjazdu przez wiele miesięcy musiałam się dopominać o zwrot kosztów, jakie poniosłam tam za granica na lekarza i leki. Zwrot nie był pełny, potrącili sobie… sępy!

Od tamtej pory ubezpieczam się w polecanym przez Lonely Planet duńskim World Nomads. I o dziwo od tamtej pory, odstukać, nie musiałam korzystać z pomocy ubezpieczyciela. Czyli wielbłądzik jest dla mnie szczęśliwy.

Ubezpieczenie WN nie należy do tanich, to trzeba zaznaczyć na wstępie, jednak za pewność warto chyba więcej zapłacić?

Można ubezpieczyć grupę lub rodzinę oraz sprzęt foto. Dla zarejestrowanych użytkowników są zniżki. Za dwutygodniowa ochronę podczas podróży trzeba zapłacić ponad 40 EUR. Można skorzystać z licznych kodów obniżających nawet o 10%, opłatę za polisę. Trzeba w dolne okienko wpisać słowo hwstore lub nomads.

Polisę generujemy na stronie www.worldnomads.com, spisujemy numery, telefony alarmowe lub drukujemy i gotowe.

Wiele towarzystw ma w swojej ofercie ubezpieczenia na czas podróży. Młodzież do 30 roku życia może też kupić sobie EURO>26 a studenci kartę ISIC, która oprócz ubezpieczenia daje dużo zniżek na bilety wstępów na całym świecie. Banki także oferują swoim klientom opcję ubezpieczenia turystycznego (np. city bank).

Warto pamiętać przed podróżami po krajach Unii Europejskiej (plus Norwegia, Islandia, Liechtenstein i Szwajcaria) o Europejskiej Karcie Ubezpieczenia Zdrowotnego EKUZ. Jest wydawana bezpłatnie, ale jej posiadacz musi być objęty publicznym systemem ubezpieczeń zdrowotnych w jednym z krajów należących do Europejskiego Obszaru Gospodarczego.

Kartę EKUZ można wyrobić w swoim oddziale NFZ.

Linki do stron ubezpieczycieli turystycznych:

Elvia

Allianz

WARTA Travel

World Nomads

Signal Iduna

PZU Wojażer

EKUZ

Koszty:

ubezpieczenie 2 tyg. 40 EUR

 

 

 

Od wielu lat szukam swojego Pacanowa.

Nie jest to nawet miejsce, jak mi się wydaje, ale stan ducha. Czasami jestem blisko, myślę, że znalazłam a jednak nie… ta chwila szybko umyka. I trzeba ją gonić, szukać. Aby się zbliżyć potrzebny jest niespodziewany powiew wiatru z zapachem morza, dźwięki i smak przygody na ustach.

[more]

Szukając tego swojego Pacanowa przy okazji poznaję nowe kraje, ludzi i samą siebie w różnych sytuacjach.

Fajne to, czasami męczące i zastanawiające.

Dlaczego mnie tak ciągle gna i gna?