W drodze do samolotu znalazłam na korytarzu paszport młodego chłopaka z Francji, oddałam go obsłudze. Potem lot, gdzie miałam dla siebie aż trzy wolne miejsca. To rzadkość w lotach Ryanair, ale najpewniej część pasażerów zrezygnowała z powodu napiętej sytuacji w Izraelu.
W czasie lotu jedna sytuacja krytyczna, kiedy był pomysł, aby lądować awaryjnie w Atenach. Jedna z pasażerek miała torsje i mdlała.

Lot prowadziła bardzo sympatyczna stewardesa Agata, dzięki której był to bardzo przyjemny czas. Właściwa osoba, na właściwym stanowisku.


W Izraelu jedno pytanie, który raz tu jestem i już pieczątka do paszportu. Na autobus do Jerozolimy czekaliśmy z innymi Polakami z naszego samolotu.

Troszkę się zrobiło późno, bo dziś piątek i zaczyna się niedługo szabat, święto dla Żydów. Wtedy staje cała komunikacja i jest problem w dotarciu do celu. Tramwaje już nie kursowały, pojechaliśmy na stare miasto autobusem nr 1 spod głównego dworca w Jerozolimie.
Przy Bramie Damasceńskiej pełno wojska, ludzi i krzyków. Oczywiście nikogo nie chcieli przepuścić, ale udało mi się przekonać przystojniaka w mundurze, że tam jest nasz hotel.

Było widać, że sytuacja jest napięta. Pojawili się policjanci na pięknych czarnych koniach. Tłum co chwilę zmieniał miejsce, wśród nich i wojska, biegali operatorzy z kamerami, fotografowie.
W obrębie starego miasta już spokojnie. Tylko zimno, nie spodziewałam się, że będzie taka temperatura.

W hotelu większość gości, to Polacy, jakaś pielgrzymka z Częstochowy. Szybko zostawiliśmy klamoty i krótki spacer po wieczornej Jerozolimie.
Odwiedziliśmy w Bazylikę Grobu Pańskiego, gdzie jak zwykle mnóstwo odwiedzających. Na straganie za 10 szekli sok z granatów, wyciskany na naszych oczach, pyszny i orzeźwiający. O osiemnastej gratisowa kolacja w hotelu. Potem już zasłużony odpoczynek.
Rano moi współowarzysze wybrali się na mszę a ja nieprzytomna. Kiedy wrócili, dalej byłam w innym świecie. To wina jet laga, dla mnie tutejszy ranek, to głęboka noc.

Udało mi się wstać przed południem a i tak czułam się jak zoombi.
Szybka kawa, kanapka i na dworzec busików do Betlejem. Koszt 6.90 szekla. Tym razem poznałam inna drogę, bez check pointu i granicy. Większość przejazdu do Betlejem jednak patrzyłam na świat jednym okiem, często zupełnie nie – czułam się jak zwłoki. Nawet kolejna kawa mnie nie obudziła do końca.

Na przesiadce od razu złapałam busa do Hebronu za 6 szekli. Tam na stare miasto aleją ze straganami. Owoce, warzywa i najróżniejsze ubrania.
Na starówce, którą wpisano w tym roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO, trwają już prace remontowe. Nowe fasady, chodniki. Zaproszono nas do herbaciarni na rogu, gdzie wypiliśmy pyszną herbatę z miętą.

Przy sąsiednich niskich stolikach, siedząc na niskich taboretach, w karty korali starsi panowie. Co chwilę spoglądali życzliwie w naszym kierunku, uśmiechając się serdecznie.
W drodze powrotnej zakupy, bo jest w Palestynie znacznie taniej niż w Izraelu.

Kiedy doszliśmy do przystanku busów, okazało się, że z powodów zamieszek już wcale nie jeżdżą.
Faktycznie, gwar, tłok zniknął, ulica byla pusta. Tylko śmieci fruwały. Słychać za to huk, strzały i pojawiło się wojsko z długą bronią. Oczywiście poszłam tam, gdzie było coś widać.

Bokami przemykali reporterzy ubrani w kamizelki kuloodporne i hełmy.
Kiedy w pewnym momencie był wybuch, założyli nawet maski gazowe. Szary dym najpierw nisko a potem coraz wyżej zbliżał się do nas. Wycofałam się wtedy, bo dym był coraz bliżej.

Mieliśmy problem ze znalezieniem pojazdu na powrót do Betlejem, wszędzie jakieś poruszenie, mało co można się dowiedzieć. Widać napięcie wśród miejscowych. Kilka przecznic dalej korki, otwarte sklepy, jakby nic się nie stało. Tylko przemykające przez ścisk ulicy jakimś cudem wojskowe auta na sygnałach i odgłosy wybuchów, mówią, że coś się tu dzieje.
W końcu udało się nam wsiąść do jednej z taksówek dzielonych jadących do Betlejem.

A na zachodzącym fioletowym niebie czarny dym palonych opon.

9.12 2017