Po kilku dniach zabiegów uzdrawiających czuję się… bardzo zmęczona.
Ciągle pokonywanie setek kroków do strefy zabiegowej wykańczają moje kolana. Przez sześć dni w tygodniu mam codziennie po kilka seansów. Nie mam nic przeciwko nim, zapewne pomogą poprawić moje zdrowie na dłuższą metę, jednak ułożenie ich z godzinnymi przerwami jest porażką. Nie opłaca mi się siedzieć pod gabinetami a wracać do pokoju za bardzo boli. I jak ostatnio w moim życiu znalazłam sobie zadowolenie. Jest to woda, w której czuję się inaczej. Tak jak jeżdżąc z domu do pobliskiego miasta do ciepłej wody, tak tu mam dwa razy dziennie basen. Jest nudno. Do bólu. I nawet mając wielki szacunek do seniorów, z którymi się uzdrawiam, to przez pierwszy tydzień chciałam stąd uciekać. Śniadanie jeszcze w ciemnościach, czasami przed nawet jakiś zabieg. I potem znów kolejny, basen, obiad, kolejne zabiegi, powroty do pokoju, basen, kolacja i koniec dnia. Rozrywki popołudniowe i wieczorne skrojone pod starszych ludzi, nie moje klimaty i zupełnie nie moja muzyka. Zachwyty nad wycieczka do Lichenia, emocje po codziennych potańcówkach, obgadywanie współkuracjuszy. Jaka się czuję daleka od ludzi. Nie żebym się jakoś wywyższała, zwyczajnie moja ciekawość i chęci poznawcze spadły do zera. Przyglądam się z boku tym starszym, najczęściej schorowanym ludziom i nie umiem ich zrozumieć. Chyba po raz pierwszy w życiu nie próbuje znaleźć wspólnego języka, co mnie szokuje. Wolę uciec do swojego pokoju, włączyć moje latynoskie kawałki w słuchawkach i zatopić się gdzieś z dala. Jestem zła na siebie. Że nie pasuję.